menu

wtorek, 31 grudnia 2013

Kosmetyczne hity 2013 - zestawienie.



Obecny rok żegnam bez większych sentymentów. Szczerze mówiąc nie przywiązuję większej wagi do takich wydarzeń. Nie robię podsumowań, postanowień, nie planuję większych zmian. Takie rzeczy w moim życiu odbywają się bez konkretnego pretekstu.
Jednak nie mogłam podzielić się swoją listą perełek odkrytych w roku obecnym.
Wiele z nich towarzyszy mi od kiedy miałam z nimi styczność po raz pierwszy, do innych zapewne wrócę. Dodam, że miałam problem z umieszczeniem ich na poszczególnych miejscach, dlatego kolejność jest przypadkowa.
Nie przedłużając; oto moi faworyci roku 2013.



W związku z dużymi problemami z włosami postanowiłam zmienić sposób ich traktowania o sto osiemdziesiąt stopni. Między innymi całkowicie zrezygnowałam z tapirowania, które towarzyszyło mi nieustannie od kilku lat. Jednak szczerze nie znoszę włosów oklapniętych, pozbawionych objętości. Przez dość długi czas po prostu falowałam je, ale w końcu zapragnęłam wrócić do ich prostej struktury. I tu zaczął się problem,  zastanawiałam się, jak dodać im lekkości bez tapirowania czy kręcenia prostownicą. I wtedy pomyślałam o pudrach do włosów. Tych dodających objętość czy matujących; bez znaczenia. Oba typy sprawdzają się bardzo dobrze :) Ponadto utrwalają efekt, z którego jestem tak zadowolona, że teraz nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich zabraknąć na mojej półce.





Do tej pory zastanawia mnie, jak to jest możliwe, aby to był filtr. W dodatku w tak wysoką ochroną. Nadal nie mogę wyjść z podziwu... Na próżno szukać z nim bielenia, tłustej warstwy, lepkości czy kłopotów z nałożeniem makijażu lub zmatowieniem. Jest tak niesamowicie lekki, że od pierwszej chwili wprawił mnie w czysty zachwyt! Po prostu filtr idealny, szczególnie na lato. Jednak nie wiem, czy ponownie zagości w moich zasobach, bo azjatycki rynek kusi wieloma innymi produktami. Na razie więc nie planuję zakupu głównie przez ciekawość :)



 Na początku tego roku zakupiłam mój pierwszy podkład Lumiere w formule Veena velvet i od razu go pokochałam. To mój pewniak przy kłopotach z cerą. Nie podkreśla suchych skórek, nawet, jak mam ich cała masę, nie ściąga, nie ściera się, skóra pozostaje matowa. Uwielbiam go. Niedawno zdecydowałam się na ponowy zakup podkładu tej marki, tym razem wybrałam Cashmere. I w chwili obecnej nie wiem, który kocham mocniej. Cashmere daje mi wszystko to, czego szukałam od dłuższego czasu, czyli efekt zdrowej, rozświetlonej skóry. A jednocześnie cera wciąż pozostaje matowa w przyjemny, satynowy sposób. Myślę, że po prostu Cashmere będzie idealny na jesień/zimę, a Veena velvet spisze się podczas cieplejszych pór roku.



 

Świetne, naprawdę świetne cienie! Color infaillible są tak wszechstronne, że bez problemu mogę wyczarować nimi dzienniak, a potem zdecydowanie go przyciemnić i to używając tego samego cienia. W dodatku są trwałe. Nie ma większych problemów z rozprowadzeniem kosmetyku opuszkami, ponadto makijaż z ich użyciem wykonuję błyskawicznie. Dodam, że od dłuższego czasu zrezygnowałam z wszelkich mych zasobów kosmetycznych na rzecz cienia Burning black.





  Kolejne ulubione cienie. Od kiedy postanowiłam zakupić paletkę matów Glazel, stałam się fanką marki. I polecam każdemu, tym bardziej, że stosunek ceny do ilości i JAKOŚCI jest wręcz nierzeczywisty. Jednym słowem, te cienie są naprawdę rewelacyjne, dlatego bez oporów nabyłam kolejną paletę.




 Czy mydło może być kosmetykiem idealnym do włosów? Sesa z powiewnością. Nie mogę się nadziwić, że jaka niepozorna kostka tak niesamowicie działa na pukle. Co prawda nie stosuję go na tyle długo, by stwierdzić wpływ za zatrzymanie wypadania czy porost, ale nawet, jeśli w tym przypadku się nie sprawdzi, nie zamierzam rezygnować z jego zakupu i wiem już, że na stałe zagości w mojej łazience. Mydło Sesa czyni cuda z moimi włosami. Świetnie nawilża [tak, nawilża!], wygładza, a jednocześnie nadaje objętość. Kiedy go używam, w zasadzie rezygnuję ze stylizowania włosów, bo już nic więcej im nie potrzeba :)

 


Krem wodny It's skim VC effector towarzyszył mi w kresie letnim i lądował na twarzy pod filtrem. Ponad to mieszałam go zazwyczaj ze ślimakowym żelem-kremem Mizon i  miałam rewelacyjny duet na noc, który cudownie nawilżał, rozświetlał i odżywiał cerę. Co prawda pozostawia na skórze film, ale mi to w żaden sposób nie przeszkadzało i nie kolidowało z nałożeniem zarówno filtra jak i kosmetyków kolorowych. Myślę, że dopóki będą go produkować i/lub znajdę coś lepszego, będę do niego wracać w sezonie wiosna/lato :)





I tym oto akcentem kończę moje zestawienie z całego roku. Nie jest może tego byt wiele, ale wszystkie powyższe kosmetyki mogę polecić z czystym sumieniem i nie żałuję ich zakupu.

Ostatnio zmieniłam nieco szatę graficzną bloga; myślę, że teraz jest bardziej czytelny i po prostu wygląda lepiej.



Wam oczywiście życzę wszystkiego dobrego w nowym roku :)

piątek, 27 grudnia 2013

Ostatnie zakupy kosmetyczne w tym roku.

Jak Wam minęły święta? :)
Mi w zasadzie bez większego echa, ot dni wolne. Zwykłe lenistwo. A miałam tak wiele planów ;)
Choć nie powiem, przypływ dawno niewidzianej weny mnie nawiedził i tak sobie krążę między laptopem i programami graficznymi [projekty akcydensów oraz rysunek] a tradycyjnymi kartkami. A w między czasie czytam wszystko, co dorwę :D O, i udało mi się powołać do życia twór przy użyciu sznurków i metalowych kółek. Dziś także miałam swoje mineralne godziny [tuning podkładów, ukręcanie bronzera, ulepszanie primerów...]

Kajam się jednak, głowę pochylam, bo obiecałam już więcej zakupów nie robić, ale nieszczęśliwie palec z myszką obsunął się na jeszcze dwóch bigach podkładów mineralnych... :( Nie mniej jednak post dotyczyć będzie zakupów, o których już wspomniałam i które poczyniłam przed postanowieniem [które sobie brzydko złamałam :D ]




Na firmę Corine de farme trafiłam przy okazji podczas zakupów w Hebe i od tamtej pory chodzi za mną krem do twarzy rozświetlający. Jak na razie zakup do skutku nie doszedł, ale niedawno, podczas rossmannowych polowań rzuciły mi się w oczy ogromne butle z pompkami. Look na kosmetyki i tu niespodzianka, bo takich jeszcze me oczy nie widziały. A że była promocja, a tego typu produktów nigdy dość i zalegać wiecznie nie będą, to czemu by nie..? Wybrałam wariant żurawinowy, bo szczerze uwielbiam jej zapach. Czy to w kosmetykach, herbacie czy naturalną.
Przy okazji sięgnęłam także po balsam Garniera. Co prawda mam jeszcze calutkie masło Marizy, ale byłam go ciekawa od dłuższego czasu. Jak dotąd miałam tylko jedno garnierowskie mazidło, kultowy już czerwony balsam. Kilka lat temu...
To już naprawdę wszystko na rok 2013 :)

niedziela, 22 grudnia 2013

Makijaż świąteczny - moja propozycja.


W zasadzie makijaż ten sprawdzi się na każdą okazję, nie tylko na święta. Ogólnie kojarzy mi się z zimową porą roku a to za sprawą odcieni, jakie wybrałam. Zrezygnowałam z podkreślenia powieki czarną kreską na rzecz szmaragdowej kredki, ale obrys eyelinerem sprawdzi się jak najbardziej :) Ta wersja makijażu nada się także na co dzień. Specjalnie na potrzeby posta i preferencje wielu dziewczyn zdecydowałam się na metaliczne wykończenie mimo, iż preferuję maty, o czym wspomniałam niejednokrotnie :D

I całość :)
Oczywiście przy raczej lekkim wykończeniu można pozwolić sobie na podkreślenie ust.

Do wykonania makijażu użyłam:
  • Avon odżywka do ust 'Efekt powiększenia'
  • Sleep paletka Bad girl
  • Lumiere cashmere fair golden
  • Silk naturals róż mineralny Petal
  • mineralny bronzer DIY
  • Max factor Clump defy maskara
  • Emily kredka do oczu




Wesołych świąt! :)

czwartek, 19 grudnia 2013

Nowości w pielęgnacji - ponownie paczka z Azji.



No i znowu popełniłam azjatyckie zakupy, ale skromnie, jak widać :)
Nie spodziewałam się, że otrzymam przesyłkę w tak krótkim czasie [ledwo ponad tydzień czekania].
Nie chciałam znowu zapychać półek, bo nadal mam trochę produktów, które czekają na swoja kolej. Jednak nie mam żadnego peelingu prócz tego, którego używam obecnie. To już sensowny pretekst, aby coś tam zamówić ;) No i moje serum wystarczy mi jeszcze na jedno, dwa użycia.
Co więc kupiłam?
Holika holika 3 second starter vita complex - miałam na nie ochotę od kiedy tylko przeczytałam o nim na wątku wizażowym dotyczącym kosmetyków azjatyckich. O rety, ta pojemność... Pójdzie pierwsze do odstrzału c: Choć prawdopodobnie zrobię odlewkę na wymianę.

Missha liqiudly one step oil to foam - bardzo zaciekawiło mnie takie rozwiązanie i głównie tym się kierowałam, dodając do koszyka. Już sprawdziłam - faktycznie zmienia swoją formułę :D

Mizon apple smoothie peeling gel - chyba nie muszę niczego pisać. Zachwalany, często wybierany peeling. Teraz także na mojej półce.

It's skin vc effector - ponowny zakup chyba mówi wystarczająco wiele :) Ale zostawię go na bardziej słoneczny okres. O ile zdążę zużyć holikę...

Wzięłam jeszcze dla mamy dziewięć sheet mask i krem do oczyszczania twarzy :) Ponadto zamówiłam Missha liquidly one step milk to peeling; niestety kosmetyk został wykupiony i dostałam zwrot $. Nie ukrywam, że na produkcie mi zależało i zdecydowanie wolałabym go otrzymać, ale już nic na to nie poradzę. Na chwilę obecną źle nie jest, zanim zużyję może nastąpią lepsze czasy, jeśli nie, to wrócę do jabłka Tonymoly ;)

wtorek, 17 grudnia 2013

Tonymoly tomatox magic white massage pack.




Kolejna już azjatycka maseczka w moim kosmetycznym dorobku. Jak to w życiu bywa, trafiałam raz lepiej, raz gorzej. Jak było tym razem? Zapraszam na krótką recenzję, aby zapoznać sie z moją opinią.



Oczywiście, jak to w przypadku wielu azjatyckich kosmetyków, mamy do czynienia z estetycznym, ciekawie zapakowanym produktem. Jest ono sugestywnym nawiązaniem do samej zawartości - w tym przypadku pomidorowej maski. Nie ukrywam jednak, że w praktyce taka przyjemność dla oka zajmuje sporo miejsca. No i sama forma, czyli słoik, za którą osobiście nie przepadam ze względów higienicznych oraz praktycznych. Nie mniej jednak sam wygląd opakowania pozostawia bardzo pozytywne wrażenie, choć w łazience wygląda nieco intrygująco ;)
Konsystencja maseczki jest treściwa, kremowa, a pełnowymiarowe opakowanie zawiera małe drobinki. Kolor jest biały.
Produkt jest niesamowicie wydajny, używałam go dobre kilka miesięcy, dokładniej ponad pól roku; początkowo nakładałam go na twarz raz w tygodniu, potem, chcąc go już zużyć, sięgałam po Tonymoly dwa razy na tydzień.
Zapach jest dość dziwny, pomidora nie przypomina w ogólne, ale to akurat przemawia na jego korzyść ;) Pachnie raczej, hmm, kosmetycznie, ale nie do końca potrafię sprecyzować, z czym mi się kojarzy. Dla mnie jednak to raczej przyjemny aromat ;)
Co do samego działania... Cóż, spektakularnego wybielenia przebarwień nie zauważyłam, a dodam, że używam wielu produktów, które mają takie zadanie. Jednak nie mogę powiedzieć, że maseczka nie działa. Po jej zmyciu twarz wygląda przede wszystkim za wypoczętą i rozświetloną. Kosmetyk z pewnością dobrze sprawdza się po nieprzespanej nocy, kiedy na twarzy widoczne jest przemęczenie, skóra wygląda na szarą, chorą. Produkt zdecydowanie to niweluje. Dla mnie Tonymoly świetnie sprawdzi się jako ratunek przed wyjściem, kiedy wyglądamy nieciekawie, a musimy wyjść do ludzi ;) Taki szybki detox dla cery.
Muszę jednak przyznać, że nie tego od tej maseczki oczekiwałam, więc mimo wszystko zawiodłam się nieco, ale nie skreślam jej poprzez wyżej wymienione działanie. Po prostu teraz wiem, czego mogę od niej oczekiwać.
Czy polecam? Cóż, zdania co do działania produktu są podzielone, w moim przypadku zachowała się w opisany sposób, więc pozostawiań decyzję osobom zainteresowanym :)

piątek, 13 grudnia 2013

DDD - ostateczny wynik.

Na początku tego tygodnia otrzymałam ostatnie zamówienia, tym samym lista się zamknęła :)
Nie było tego zbyt wiele, prócz wyżej zaprezentowanych zakupów jeszcze kilka ubrań i akcesoriów.
U Ladymakeup zamówiłam dwa pędzelki. Po wielkim zawodzie Maestro 780 do eyelinera przeszukałam internety ponownie i wybór padł na Kozłowskiego EB 975. Na chwilę obecną wydaje się być stworzony do cienkich kresek, ale jeszcze nie miałam sposobności go przetestować, gdyż kompletnie nie mam weny na eyeliner. Z ciekawości zaczęłam przeglądać jeszcze inne pędzle [straaasznie powstrzymywałam się, by nie kliknąć Zoevy], ale moją uwagę przykuł Maestro 430. Mała, syntetyczna kulka. Wiem, pędzli mam bardzo, bardzo dużo, ale... jego opis brzmiał obiecująco ;) Myślę, że się z nim polubię, a planuję używać go do rozcierania kreski nad linią rzęs. Dlatego sadzę, że syntetyk spisze się idealnie, kiedy to będę rozmywać kredkę.
Mama wraz ze mną zamówiła dla siebie róż wypiekany, gdyż niemal ją zmusiłam :D

Z Tołpy wzięłam płyn micelarny dla naczynkowców. Moje zapasy Burżuja niedługo zobaczą dno, dlatego zaczęłam szukać następcy. A że akurat promocję miłą dla portfela mieli, to nawet się nie zawahałam. Dorzuciłam także próbki lekkiego kremu Rosacal. Planuję jego zakup, więc przy mojej cerze warto wcześniej się z nim zapoznać.


Uh, i popełniłam czyn straszny. Ale w zasadzie zostałam do tego zmuszona ;) Bo wchodzę sobie spokojnie na stronę Lauress, zaglądam sobie w zakładki, a tam takie rzeczy się wyprawia... Obniżki :(  I nie, że kliknęłam dwa pełne wymiary podkładów... [ + dwie próbki] I wcale nie zamawiałam 10g Lumiere ledwie w zeszłym tygodniu. Cóż, tak to już bywa ;) Mam tylko nadzieję, że z poziomem jasności trafiłam i że formuły się sprawdzą. Najwyżej będę sięgać po silnie matujące primery. Co do kolorów; zawsze można wszystko wyregulować tlenkami. Zdecydowałam się na formuły Minimalist i Sassy, próbki wybrałam Elemental. Kolory pełnych wymiarów Gold i Fawn; próbki Honey oraz Ivory.
Na chwilę obecną testowanie Cashmere idzie mi słabiutko. Próbki pielęgnacji zostały wykończone, teraz przyszła pora na minerały, oto dlaczego. Niepokojąco spodobał mi się wygląd mojej cery w podkładzie Pixie complexion perfector. Ale nie przesadzajmy, no proszę... Może kiedyś tam, w przyszłości się zastanowię, o ile będzie jeszcze możliwość dorwania go gdziekolwiek. Trudno, zapasy mam takie, ze głowa mała!
Ok, to już oficjale - W TYM MIESIĄCU KONIEC Z ZAKUPAMI :) [ok, doszły mini drobiazgi, ale o tym w innym poście]

środa, 11 grudnia 2013

Walka o poprawę stanu cery - po jakie kosmetyki sięgam?



Od jakiegoś czasu mam problemy ze skórą twarzy. Początek związany był z hormonami, a ostateczne słowo miały filtry przeciwsłoneczne. W efekcie dorobiłam się zanieczyszczenia cery. Na dzień dzisiejszy problem znacznie się zmniejszył, z czego jestem bardzo zadowolona :) Nie samoistnie, oczywiście.
Jak więc udało mi się zniwelować kłopot?
Oto kilku pomocników którym przede wszystkim zawdzięczam poprawę.

Na początek olejek z drzewa herbacianego. Jako dodatek. Wszędzie, gdzie tylko się da ;)
Dodaję go do maseczek z glinki od dobrych kilku miesięcy, dodaję do olejku myjącego i serum, znajduje się także w samorobnych tonikach. Kiedyś zamieściłam także post z przepisem na primer mineralny, do którego także dodałam olejek herbaciany. I do kilku innych minerałów.
Czarne mydło, czyli najlepszy i najmocniej oczyszczający kosmetyk, jaki było mi dane stosować. A oczyszczanie jest naprawdę ważne, szczególnie w przypadku, kiedy sięgamy po filtry. Dzięki savon noir mam pewność, że zmyłam ze skóry pozostałości makijażu i kremów, które nosiłam na twarzy przez cały dzień. Nie muszę się więc martwić, że jakiś składnik pozostał na mojej skórze i rano obudzę się z jakąś brzydką niespodzianką.
Kremożel Tialo, po który sięgam już jakiś czas, więc i jemu mogę przypisać zasługi. Tani, zachwalany i polecany przez wiele dziewczyn. Co prawda osoby z suchą skórą powinny uważać, bo może ściągać i przesuszać przez swoją lekką, żelową formułę. I osobiście uważam, ze pod makijaż się nie nada, chyba, że potraktujemy go jeszcze jakimś nawilżaczem. Niezbyt długi skład, najważniejsze pozycje niemal na początku. Polubiłam się z nim :)
Krem z kwasami AHA i PHA Bielenda Professional, na który miałam oko od dobrych paru miesięcy. I doczekałam się odpowiedniej pory roku. W mojej pielęgnacji gości od kliku tygodni, więc i on miał czas, aby się wykazać. I muszę przyznać, że od kiedy go stosuję, zauważyłam kolejne postępy w wyglądzie skóry. Jest spory [50ml], wiec na jakiś czas jeszcze mi wystarczy i jeśli dalej będzie działał podobnie, myślę, że za w niedługim czasie niewiele z tego zamieszania na mojej twarzy zostanie. Kiedy go zużyję, sięgnę po peeling z kwasem glikolowym i chyba tym akcentem zacznę kwasową kurację w tym sezonie. Może jeszcze wrócę do serum migdałowego z Biochemii urody, ale prawdopodobnie po krótkiej przerwie na regenerację cery.

Warto wspomnieć także o regularnych maskach glinkowych, które nieustannie towarzyszą mi od kilku lat. Choć muszę przyznać, że dopiero od ok roku, może dalej, zebrałam się w sobie i pilnuję, aby przynajmniej raz w tygodniu błotko wylądowało na mojej twarzy. Poza tym sięgam także po krem Uriage Hyseac restructurant. I muszę wreszcie zakupić derma roller; licze na jeszcze większą poprawę.

sobota, 7 grudnia 2013

Yankee candle & pierwsza partia zdobyczy z Dnia darmowej dostawy [oraz kilka nadprogramowych zakupów.]

...czyli i ja doczekałam się moich pierwszych wosków :)
W koszyku nie do końca wylądowały wszystkie te, które początkowo planowałam zakupić, ale jestem bardzo zadowolona i z chęcią w przyszłości listę zrealizuję.
Większą część dzisiejszego dnia spędziłam na porządkach. Ostatnio przybyło mi nieco zbieraczy kurzu oraz ubrań ;) Czas umilał mi oczywiście Yankee candle.

Troszkę fotek głównie w klimatach świątecznych.




Home sweet home i clean cotton - pierwszy wosk to typowo zimowy, ciepły korzenny zapach. Clean cotton? Po prostu czysta bawełna :)











Season of peace i Beach wood. Sop jest zapachem bardzo subtelnym, delikatnym, zdecydowanie najlżejszym ze wszystkich, które posiadam. Beach wood jest troszkę dziwny, w sumie po opisie wyobrażałam go siebie inaczej, ale podoba mi się :) Wyczuwam w nim delikatne, słodkawe nuty, nie jest jednak zbyt przesłodzony czy mdły.
Na koniec moje hity. Midsummer's night, który kojarzy mi się w przyjemnymi dla nosa męskimi perfumami, czyli coś, co lubię zawsze i o każdej porze roku. Camomile tea to zapach, z którym wiązałam spore nadzieje i się nie zawiodłam! Rumiankowa herbata z miodem, mmm.






Ze wszystkich sześciu wosków jestem bardzo zadowolona, zakupy udane tym bardziej, że kierowałam się jedynie opisami na stronie. Za jakiś czas pewnie zamówię kolejne.

Teraz kilka przedmiotów, które udało mi się dostać jeszcze w tym tygodniu. Prawdopodobnie w poniedziałek lista się zamknie :) W zasadzie nie kupiłam aż tak dużo, choć chyba więcej, niż w poprzednim roku... :o
Wolę jednak zignorować, jak pięknie długą listę popełniłam na ebayu :D


 Dwa mydła Alep. Do tego z dodatkiem gliki beloun zainspirowała mnie Hexxana c: Czyli jak to potrafi zadziałać sugestia. Na czarnuszkowe miałam ochotę od dłuższego czasu. A że znalazłam sklep, w którym mieli w ofercie oba, to cóż... Na chwilę obecna staram się uporać z czarnym śmierdzącym glutem, ale skurczybyk wydajny jest! Tym samymc mam mydełek na lata chyba :D

 Małe przyjemności dla oka zawarte w wystroju moich osobistych kątów. Czyli moje klimaty, mój pokój wygląda bardziej mrocznie, a kolekcja się powiększa ;) Świecznik i czarna róża, dokładnie.
Oto, dlaczego nie zdołam osiągnąć spełnienia jako dekorator wnętrz, będący artystą z głębi duszy i powołania....

 Wymowny shirt ;) Od jakiegoś czasu noszę się bardzo, bardzo na luzie. Po cichu przyznaję, że zawartość mojej szafy jest niemal całkowicie czarna. Nieco kłopotliwe, kiedy wyciągam setną bluzkę i to nadal nie ta :D


 Książka, po którą dzielnie pomaszerowałam w dniu wczorajszym do paczkomatu :)
Orkan i te sprawy, wiecie... Wywiało nieco, ale bałwana ze mnie nie zrobiło.




















A teraz full spontan.
Podkład z Lumiere, bo formułę bardzo chciałam wypróbować, a przez sytuację z marką nie wiem, czy będę miała jeszcze okazję do testów. Zakup w pełni usprawiedliwiony :)
Na chwilę obecną porównując obie formuły, w których jestem posiadaniu [cashmere - kolor fair golden - veena velvet - light golden; oba poziomy pasją] stwierdzam, że jak vv jest lekko oliwkowa, tak cashmere w moim odczuciu podchodzi wręcz pod brzoskwiniowe tony. No nic, kolejne w tym tygodniu spotkanie z tlenkami przede mną ;)
 


Uwielbiam niemal wszystkie perfumy z nazwą 'ice', 'cool' czy 'cold'. Nie istotne, o jakiej porze roku. Dlatego, mimo, że baaardzo rzadko kupuję coś z Avonu, kiedy tylko trafiłam na tę edycję Celebre, musiałam je mieć! Swoją droga, moja mama jest wierna klasycznej wersji, od kiedy tylko pamiętam :)
Jak na razie mogę powiedzieć, że najbardziej zachwyca mnie nuta głowy. Będzie to zapach raczej codzienny, kiedy muszę biec na miasto załatwiać sprawy. Na dzień dzisiejszy narkotyzuję zmysły głownie Dalistyle by Salvador Dali.




Na koniec dwa urocze papiery do pakowania prezentów.
Urzekły mnie zupełnie, nie mogłam odmówić sobie ich posiadania.
Czuję chłód, czuję zimę, czuję święta! :)
Kupiłam je z myślą o obklejeniu jakiś brzydkich kartonów ;) O nie, nie puszczę ich w świat!



Na chwilę obecną to wszystkie nabytki z ostatniego czasu. Powoli docierają do mnie przesyłki zagraniczne, niektóre z mocnym poślizgiem. W poniedziałek spodziewam się dwóch, trzech wizyt kurierów z zakupami z DDD. Będzie troszkę nowości, coś kosmetycznego jeszcze się trafi. Choć dziś przy okazji porządków zauważyłam, że zapasy znacząco się uszczupliły.

środa, 4 grudnia 2013

Enzymatyczny peeling do twarzy Apis.

Tym razem przybywam z krótką opinią na temat peelingu firmy Apis.
Kiedyś, zamawiając kilka suplementów na dozie z ciekawości kliknęłam także owy produkt. Niezmiernie mnie cieszy, ze apteka oferuje kilka kosmetyków tej marki :)

Peeling otrzymujemy w miękkiej tubce. Dzięki takiemu opakowaniu nie miałam większych problemów z wyciśnięciem go niemal do samego końca. To duży plus :) Poza tym takie rozwiązanie jest o wiele bardziej higieniczne niż słoiczki, których nie lubię.
Zamknięcie jest trwałe, dobrze trzyma, nie otwiera się samoistnie.
Konsystencja kosmetyku jest raczej typowa jak na peeling enzymatyczny. Jest dość rzadki, ale nie za bardzo, dzięki temu jednak łatwo rozprowadzić na całej twarzy naprawdę niewielką ilość.
Zapach... hmm, wiem, że wiele dziewczyn wyczuwało wyraźnie nuty żurawiny, ja jednak niekoniecznie, wręcz nie zachwycił mnie. Na szczęście jednak jest nienachalny i kiedy miałam peeling na twarzy, nie wyczuwałam go w ogóle.
Działanie jak najbardziej na plus. Skóra była wyraźnie wygładzona, dostatecznie nawilżona, niwelował suche partie. I nie podrażniał.
Pojemność jest naprawdę spora, a peeling w moim odczuciu bardzo wydajny, więc gościł na mojej półce dobrych kilka miesięcy.
Cena bardzo korzystna, zaledwie kilkanaście PLN, tym samym, zważając na praktycznie same pozytywy, warto się skusić choćby po to, by go wypróbować :)
Ja peeling oczywiście polecam, na mojej cerze [mieszana, skłonna do przesuszeń i zapychania, z lekkim rumieniem na szczycie policzków] sprawdził się bardzo dobrze. Myślę, ze jeszcze nie raz zdecyduję się na zakup.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Prywata.

Jestem nieco zdezorganizowana po przeinstalowaniu systemu, dlatego chwilowo nie dodaję notek i powoli się ogarniam. Postaram się zmienić ten stan rzeczy jak najszybciej.
W weekend odbyły się targi Venus, na które miałam zawitać, ale niestety nie dałam rady. Akurat wypadł mi zjazd i kończyłam późno zarówno w sobotę jak i niedzielę. Jestem trochę zła, ale za to ładnie zdałam egzaminy semestralne, oceny bardzo zadowalające :)
W sumie mogłam zajrzeć na godzinę, dwie, niestety znowu rozkłada mnie choroba i godziny spędzone na zajęciach przetrwałam na przeciwbólowych, sztuk kilka.

Nieco przyjemniej [nie dla portfela] spędziłam dzisiejszy dzień, a to za sprawą Dnia darmowej dostawy. Kupiłam w większości to, co planowałam, wyszło po drodze też kilka drobiazgów, z kilku rzeczy ostatecznie zrezygnowałam. Jest nieco kosmetycznie, trochę doładowałam szafę, trochę kulturalnie, znajdzie się też coś miłego ducha i dla oka - do pokoju, coby zaspokoić usposobienie estety. Udało mi się także upolować podkład Lumiere na allegro. Kiedy czytam na wizażu posty na temat tego, co się aktualnie dzieje w firmie, zaczynam wątpić. Dlatego jestem wielce zadowolona i znowu mam spokój z kolorówką na długi, długi czas.
Jakby było mało, ostatecznie wylądowałam także na ebayu :'D Znowu ban na zakupy i z pewnością nie mogę niczego zakupić do końca tego miesiąca. Jak to dobrze, że prezenty świąteczne odhaczyłam w listopadzie.

A czy Wy daliście się ponieść szaleństwu DDD? :)

wtorek, 26 listopada 2013

Mini haul. Bardzo mini ;)

...czyli jak [nie] uległam promocyjnym pokusom.
Twarda ze mnie babka, wytrzymuję z postanowieniu by nie gromadzić kosmetyków :D Mogłabym rzec nawet, że stąpałam wręcz obojętnie obok tych wszystkich półek. I kupiłam tylko to, co planowałam. Niczym portfela nie zaskoczyłam ;) Chociaż w planach był tusz L'oreal false lash wings, przed wycieczką do Rossmanna udałam się do Marionnaud i jakoś tak wyszło, że zdecydowałam się na tusz Make up factory. Bo zaintrygowała mnie szczoteczka. I nie miałam jak dotąd styczności z marką.
I ostatecznie, kiedy dotarłam do celu, w koszyku wylądował samotnie Color Tattoo Maybelline w kolorze Permanent taupe; z myślą o brwiach.

Na chwilę obecna naprawdę niczego nie potrzebuję, ale kto tam wie, co los przyniesie. Na razie pozbywam się/zużywam sukcesywnie to, co mam w zbiorach, wiec miejsca przybywa. Hmm, przede mną jeszcze DDD.

Jako bonus makijaż wykonany całkiem niedawno. Jakoś polubiłam się z czerwonym pigmentem. Niestety, jakoś brzydka, bo zdjęcie wykonane aparatem w telefonie; nie było w domu cyfrówki. Choć i jej parametry poddam w wątpliwość ;)

piątek, 22 listopada 2013

Nowe produkty w pielęganji włosów.


Zapewne osoby odwiedzające mój blog natknęły się na posty, w których wspominałam o walce o włosy. Od ponad trzech lat trwa nieustanna bitwa o odbudowę i zahamowanie wypadania. W zasadzie utratę włosów udało mi się mniej więcej podtrzymać, niestety nie całkowicie, ale są to teraz naprawdę niewielkie ilości w porównaniu z tym, co było. Od mniej więcej roku zauważam także regularny przyrost baby hair, są to różne długości, kilka partii na chwilę obecną. A że włosy rosną mi naprawdę szybko, dziwi mnie jeden fakt: w ogóle nie odczuwam zwiększenia objętości włosów. W dodatku jako posiadaczka włosów grubych i gęstych z natury, nie mogę pojąć, czemu to, co odrasta jest tak cienkie i delikatne. Wiem, że takie problemy są poważne, a leczenie i choć częściowy powrót do pierwotnego stanu wymaga wiele czasu i cierpliwości, ale kiedy trwa to tak długo, czasem łapie totalna rezygnacja.

Przez okres leczenia stosowałam już wiele rożnych, kilkumiesięcznych kuracji. Z rożnym skutkiem.
Ostatecznie jednak postanowiłam pożegnać wszelkie szampony zapobiegające wypadaniu, bo wątpię, aby taki kosmetyk załatwił sprawę. Poza tym najczęściej mocno ziołowe specyfiki bardzo plątały i wysuszały mi włosy. Zdecydowałam się na zakup przypadkowego szamponu; w ręce wpadł mi Garnier. Natomiast w nowy plan pielęgnacyjny włączyłam wreszcie mydełko Sesa. Pianę trzymam średnio kilkanaście minut, po czym spłukuję i nakładam jakąś odżywkę na same końce. Jestem zaskoczona, że mydło potrafi tak przyjemnie nawilżyć włosy ;)
Zakupiłam także placentę, w której pokładam nadzieję na zwiększenie ilości baby hair. Jest chyba ostatnią deska ratunku, dalej nie bardzo wiem, po co jeszcze mogłabym sięgnąć...
Lada chwila skończę waxa; z przyjemnością wracam do drożdżowej maski Agafii.
Jakiś czas temu zakończyłam także drożdżową kurację od środka. Kilka dni temu wzięłam ostatnią tabletkę biotebalu i na to miejsce wybrałam krzem. Ponadto łykam cynk, sufrin oraz wapno, chociażby dlatego, że bardzo ładnie wzmocnił mi paznokcie.
Nadal liczę na poprawę, mam nadzieję, że te zmiany pobudzą organizm do regeneracji. Poza tym jestem szalenie zadowolona, że zdecydowałam się na dość radykalne ścięcie włosów. Wydaje się, że jest ich zdecydowanie więcej, nie plączą się, nie przeszkadzają, choć nadal nie są zbyt krótkie. Taka fryzura jest naprawdę wygodna.

niedziela, 17 listopada 2013

Trochę pielęgnacyjnych nowości.

...tak, po raz kolejny ;) Tego typu kosmetyków jakoś u mnie nigdy dość.
Ale faktem jest, że sporo zużyłam, więc mogłam pozwolić sobie na te drobne zakupy.
Moje pierwsze nabytki od Marizy - masełka do ciała. Bardzo żałuję, że nie mam stacjonarnie dostępu do firmy lub nie znam [a przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo ;) ] konsultantki. Nadal nie jest to na tyle popularna firma, wiec mimo, iż na produkty miałam ochotę już naprawdę długo, długo czas, to zanim zebrałam się do zamówienia, minęło trochę.
Mam nadzieję, że masła przekonają mnie do kolejnych testów. Już teraz mam na oku maskę nawilżającą do twarzy.

Krem z kwasami AHA i PHA Bielenda professional, czyli sezon kwasowy pełną parą. Jestem tuż tuż od wykończenia wybielającego sleeping packu Tonymoly, wiec tylko patrzeć, jak rozpocznę moją kwasową kurację. Cera od lata jest mocno zanieczyszczona [hurra wysokie filtry! ] i nijak udaje mi się ją wyprowadzić na prostą, więc to chyba ostatnia nadzieja.

Jak kwasy to i w moim przypadku, niestety, krem, który załagodzi ich skutki i uspokoi nieco cerę. Wybór padł na Jadwigę, bo opinie dobre, cena przyjemna dla portfela + sklep, w którym robiłam zakupy miał go w ofercie. W przyszłości planuję Tołpę Rosacal.

Hydrolaty;
miętowy - w zasadzie nie mam co do niego większego polmysłu, może jakieś serum, może jako dodatek, może wypróbuję jako alternatywę dla wody termalnej przy nakładaniu minerałów. Ale byłam ciekawa jego działania;
rumiankowy - planuję ukręcić na jego podstawie tonik z kwasem kojowym. Może nawet na początku tygodnia najdzie mnie wena na tworzenie biochemii;
różany - czyli wielbiony hydrolat. Moja kolejna butelka mieszana z maskami glinkowymi. Cudownie współgra z niejednokrotnie wysuszającym i ściągającym działaniem ukochanych maseczek. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby go zabraknąć na mojej półce, dlatego, kiedy obecny dobijał dna, musiałam kliknąć następny; od niego wszystko się zaczęło ;)

Jakiś czas temu znacznie okroiłam ilość produktów, które kładę na twarz. Co m nie skłoniło - pogorszenie stanu cery. Nie jest co prawda gorzej niż było, mogłabym rzec, że widać poprawę, ale może właśnie dlatego, że wieloetapowa pielęgnacja na dłuższą metę się u mnie nie sprawdziła. Teraz miałam pewne obawy, że denkowanie ulegnie załamaniu, wypadnę z rytmu i kosmetyki będą zalegać na pólkach, a wiele otwartych opakowań nie zdołam zużyć w optymalnym czasie, ale wszystko jest w porządku. Sięgam także systematycznie po maseczki, dzięki czemu pomidor od Tonymoly zaczyna witać dno. W jego miejsce wskoczy rice mask Skinfood; jak widać nadal mam w zapasach azjatyki. Rozważam także zakup jakiegoś nawilżającego azjatyckiego toniku, który z naszymi europejskimi tonikami wiele wspólnego nie ma. Chcę trochę dać cerze odpocząć, więc widziałabym go w zastępstwie kremu. Zamierzam nieco poeksperymentować i odpuszczać sobie czasem takie produkty, jednak wizja braku jakiegokolwiek nawilżenia przyprawia mnie o zgrozę. Jak dobrze, że istnieją sample!

czwartek, 14 listopada 2013

Paleta matów Glazel.

Tak, post miał być dobre kilka dni temu, jeszcze w zeszłym tygodniu, niestety jednak nie miałam dostępu do internetu i wyszło jak wyszło, za co przepraszam. 
Nie mniej jednak, zgodnie z zapowiedzią zapraszam do zapoznania się z moją wersją szóstki od Glazel. 
Posiadam jeszcze jedną i tak pokochałam ich cienie, że skomponowałam sobie ponownie.

Wybrałam kolory idealne na jesień, aczkolwiek nie tym się kierowałam w wyborze... Nie będę ukrywać, że starałam się nieco odwzorować świetną kolorystykę palety [moich ulubionych kolorów...] Darks Sleeka, na którą obraziłam się dożywotnio. Ja osobiście widzę ogromną różnicę w jakości, nie trudno się domyśleć, że na korzyść Glazel.

Odcienie, jakie skrywa moja paleta to kolejno:
S42 - średni, brudny róż. Rewelacyjna pigmentacja.
H8 - ciemna czerwień wchodząca w bordo. Pigmentacja jeszcze lepsza, niż wyżej wymienionego cienia.
H11 - śliwka, również cudownie napigmentowana.
317 - butelkowa zieleń, nieco słabsza pigmentacja niż w poprzednich cieniach.
H20 - chłodna, lekko szmaragdowa zieleń. Zdecydowanie perełka w całej palecie! Tak mocnego pigmentu nie miałam w żadnym cieniu. A kolor... wspaniały.
323 - najsłabszy cień z całej palety pod względem pigmentu, ale ja osobiście uważam to za zaletę, bo jest to cień idealny do cieniowania i łączenia z innymi odcieniami. Ogólnie bardzo, bardzo nie lubię brązów, ale ten jest naprawdę śliczny. Średniej tonacji, chłodny, przełamany szarością, cudownie się komponuje z resztą palety.

Cienie są dobrze zmielone, choć jak to w przypadku matów bywa, warto uważać na osypywanie, szczególnie przy takiej pigmentacji. Średnica jest naprawdę duża, cienie wystarczyłyby mi chyba na całe życie. Wszystkie kolory, prócz 323 są całkowicie matowe, ten jeden zawiera maleńkie drobinki, jednak całkowicie niewidoczne na skórze, nie ma mowy o perłowym wykończeniu. Sama paleta jest solidna, zamknięcie porządne, nie otwiera się samoistnie, ale też dostanie się da cieni nie stanowi większego problemu, więc raczej paznokci nie połamiemy ;) Tworzywo niestety nie jest całkiem odporne na zarysowania i widać na nim ślady palców, ale dla mnie to nie ma większego znaczenia.
Otrzymałam od Glazel cudowny grawer z moim nickiem ♥ Moje ego rośnie... Tym bardziej jestem zadowolona, że palety mi się nie mylą :)


Z palety, jak i kolorów jestem niesamowicie zadowolona. Z pewnością, gdybym potrzebowała więcej odcieni, wiedziałabym, gdzie się udać ;) Na razie jednak moja skromna kolekcja zdecydowanie mi wystarcza. W przyszłości planuję obfotografować mój drugi zestaw.

Dostałam także jako gratis niebieski pigment. Poprzednim razem firma także o mnie pomyślała ;)

Dodam także, że kontakt z firmą jest naprawdę dobry, konsultant chętnie odpowiada na wszelkie pytania, nie musiałam długo czekać na odpowiedzi.
Dodam, że mogli mieć mnie dość ze względu na masę pytań, ale widocznie pracują tak osoby baaardzo cierpliwe ;)

Oczywiście cienie polecam, nie tylko kolory, które sama wybrałam, bo poprzednia także spełnia moje oczkowania całkowicie, ale ponowny zakup mówi sam za siebie.

wtorek, 5 listopada 2013

Zapowiedź + trzy szybkie makijaże.

Już w następnym poście...




Oraz trzy wydania makijażu oka, wszystkie w kolorach. Dla mnie to naprawę 'coś' ;) Rzadko kiedy sięgam po coś innego niż czerń. W mojej palecie można znaleźć w zasadzie jeszcze tylko granat :D I burgund, bordo, czerwień... Przy tych ostatnich moja tęczówka nabiera chłodnego, lekko czerwonawego odcienia. Ciekawa zależność i lubię z niej korzystać.

niedziela, 3 listopada 2013

Następne 'twarzowe' zużycia.

Jak widać zużywanie kosmetyków wciąż mam całkiem zadowalające. Co więcej, realizuję własne plany w sposób satysfakcjonujący. Oto, co w ostatnim czasie udało mi się doprowadzić do końca.

A teraz następcy, czyli nowe pielęgnacyjne plany.

Peeling enzymatyczny Organic shop - na razie użyłam jeden raz i jest bardzo pozytywnie :) Jest łagodny, nie podrażnia, wygładza, skóra jest miękka i nawilżona. I ślicznie pachnie.

Savon noir - większości pewnie doskonale znany. Używam wieczorem wtedy, kiedy się maluję, aby dobrze oczyścić twarz. Wzięłam się za jego zdenkowanie, bo jest ze mną już jakiś czas, a ostatnio sięgałam jedynie po olejek myjący.

Pianka Alverde do skóry wrażliwej. Tutaj podobnie, jak w przypadku czarnego mydła, zalegała, wiec chcę ją zużyć. Ale mogę napisać, że działanie bardzo mnie zadowala. Jako, że wybierałam zazwyczaj oleje, a żele do twarzy kompletnie mi się służą [uczucie ściągania, miliardy suchych skórek...], miałam pewne obawy co do jej stosowania. Ale sprawdza się bardzo dobrze. Nie wysusza kompletnie, nie ma mowy o suchych miejscach, choć też zostawia twarz po prostu oczyszczoną, raczej bez większego nawilżenia.

Crystal peeling gel Skin79 czyli typowy azjatycki peeling. I kolejny już na mojej półce.

Gold cacao pack Zamian - maseczka azjatycka; pachnie i wygląda jak czekolada [nutella, cokolwiek ;) ]. Już samą przyjemnością używania jest jej zapach, o tak.

Jak widać jedną nogą wciąż stąpam w azjatyckiej pielęgnacji, ale powoli wychodzę z tony zapasów. Na dniach zdenkowałam krem kolagenowy pod oczy Mizona i szczerze mówiąc, nic specjalnego nie zrobił. Krem jak krem. Nie podrażnił, nawilżał, ale tyłka nie urywa...

Na zdjęciach nie pojawiła się błękitna glinka, w której trakcie używania jestem oraz krem Tialo. W przypadku tego ostatniego chcę napisać, że jestem wprost zachwycona. Nie używam go jak na radzie zbyt długo, a efekty są rewelacyjne! Jestem pod ogromnym wrażeniem.

wtorek, 29 października 2013

Halloweenowy makijaż.


Halloween to zdecydowanie moje klimaty. Jak stwierdziłam dnia jednego, mój pokój ma lepsze wyposażenie, niż nie jedna halloweenowa dekoracja, a mojej playlisty nie powstydziłyby się najlepsze horrory ;) Całkiem niedawno usłyszałam miły komplement, iż wystrój moich pięciu ścian przywodzi na myśl cmentarz.
Dla mnie taki mrokness trwa cały rok! Dlatego nie mogłabym sobie odmówić makijażu, który świetnie nada się na  nadchodzącą okazję.
Postanowiłam przedstawić trzy kroki do coraz bardziej 'niepokojącego' looku.


I na koniec cała moja twarz :D



... oraz użyte kosmetyki:
oczy:
palety matów Glazel;
stuningowany pigment Kobo;
ulubione rzęsy połówki Etude house Side and long;
tusz L'oreal Volume million lashes

twarz:
podkład matte Everyday minerals [kolor przerobiony pod moją karnację];
róż Bourjois Rose pompon;
róż NYX Taoupe jako bronzer - nie żeby coś było widać ;)

usta:
masło jaśminowe Korres

brwi:
Etude house drawing eye brow










Czy wybieracie się na halloweenową imprezę?  
Jeśli tak, macie już opracowaną stylizację? Jaką?