menu

niedziela, 1 września 2013

Jakiś czas temu dostrzegłam, że moje mineralne zapasy nieco się uszczupliły. Mam niezłą nawet kolekcję prochów, ale to żaden powód, aby nie uzupełnić zapasów ;)
Już jakiś czas temu odpuściłam sobie poszukiwanie idealnego koloru, choć posiadam taki w swoich zbiorach i jest to odcień oryginalny, wprost od producenta. Resztę musiałam stuningować na własne potrzeby. Niestety, jako, że kolor znalazłam wśród pokaźnej jak dotąd oferty kolorystycznej naszego polskiego Pixie, a jak pewnie większość fanek minerałów wie, jakie atrakcje firma serwuje, minerały owe leżą sobie spokojnie, rzadko ruszane. Tym bardziej, że formuła ulubieńcem nie jest. Ale kolor jest po prostu 'mój'. Tinkerbell na poziomie 0 lub 1 [oba są w porządku, ewentualnie zmieszane]; uściślając. Dlatego trzymam jako wzornik odcienia i zazwyczaj sięgam po innych firmy. Jednak podkład, na który uparłam się od jakiegoś czasu zaczął powoli zbliżać się do dna. A że był nim Aromaleigh i w moich zbiorach znajduje się sztuka dodatkowa, zachciało mi się czegoś nowego, czegoś, czego jeszcze nie posiadam. Miałam kilka typów z dobrymi recenzjami, ale obawiałam się nieco, bo nie wiedziałam, w jaki poziom jasności strzelić. I wtedy przypomniałam sobie o Moew. Z podkładem miałam już styczność, jednakże tylko w formule kryjącej, a po taką sięgam jedynie w momentach, kiedy z moją cerą jest bardzo, bardzo źle. Na co dzień wolę lekkie, naturalne wykończenie. Nie chcąc się jednak bawić w wysyłki zagraniczne przy jednoczesnym pragnieniu poznania odcieni, zamówiłam próbki na all. Żadna nie nadawała się do mojej cery. ŻADNA. Aż dziw mnie brał, że wiele dziewczyn znalazło wśród Meow swoje kolory, bo dla mnie niemal wszystkie są rózowo-szare.
Ale w porządku, pomyślałam. Mieszanie z pigmentami mi nie straszne, może nawet to lepsze, bo mam dopasowanie do cery, a opinie są zachęcające.
Tym oto sposobem z moich zbiorach zagościł koci Purr-fect puss sleek ocicat.
Kolor, mimo, że według producenta dedykowany oliwkom, nijak dopasowywał się do mojej skóry. Już został zmieszany na moje potrzeby. Odcień dobrany. A sam podkład leży rewelacyjnie. I, co dla mnie najważniejsze, nie waży się, nie schodzi nieestetycznie, nie ściera się, nie tworzy się efekt ciasta. I to wszystko na filtrach. Jestem jak najbardziej zadowolona z zakupu. Jednak czy kupię ponownie, nie wiem, gdyż mam na liście co najmniej dwie kolejne firmy do przetestowania. A jak wiadomo, wykończyć minerał to nie lada wyczyn, tym bardziej, kiedy posiada się kilka sztuk pełnych wymiarów i używa wymiennie.
Mam nadzieję zapoznać się z Joppa oraz Lauress, poza tym z firm mi znanych planuję sięgnąć po nieznane formuły. Jak dotąd jednym z moich top jest Lumiere veena velvet, dlatego przymierzam się do zakupu cashmere od sprawdzonej już i pokochanej firmy. Poza tym rozglądam się także za formułą Semi matte EDM. Tego lata całkowicie przepadłam odkrywając, że subtelne, satynowe wykończenie na mojej mieszanej cerze wcale nie straszy, a rozświetlenie nie oznacza posypanej brokatem twarzy.  Najważniejsze, aby to, co matowe powinno być, takim pozostało.
Tym samym zdecydowałam się na mały eksperyment i sięgnęłam po mój zestaw małego alchemika. W zbiorach zalegały mniej lub bardziej udane mineralne pozycje, wiele próbek niedopasowanych kolorem lub formułą. Dlatego, iż tegoroczne wakacje upłynęły pod hasłem wielkich porządków, dotarło to również do kosmetycznych zbiorów.
Sięgnęłam więc po wielki worek strunowy, wsypałam nieszczęśników i zmieszałam. Przyglądając się nieciekawemu tworowi, kombinowałam dalej. Wypałam puder ryżowy, jedwab w proszku i krzemionkę. I nieco uv base. Było nieco lepiej, ale nadal daleko od ideału. Nadszedł więc moment, by chwycić za tlenki. Kolor wyregulowany, ale wciąż to nie to. Myśląc nad tym, czego mogłabym jeszcze dosypać, przypomniałam sobie o perłowych mikach i pudrze rozświetlającym Everyday minerals. I tak, to był celny strzał. Lekki, satynowy podkład. Używałam z powodzeniem przez jakiś okres, jednak w między czasie walczyłam z kapryśną cerą. Doprawdy, czuję się jak dojrzewająca nastolatka w okresie buntu hormonów, a pod tym względem jestem już nieco przeterminowana. Kierowana nieco desperacją, szukając pomocy na wszelkie możliwe sposoby, postawiłam na kolejny eksperyment. Ty msamym kilka kropel olejku eterycznego z drzewa herbacianego znalazło się w mojej podkładowej mieszance. Oczywiście wszystko elegancko utarte w strunie. Pachnie rewelacyjnie [tak, uwielbiam ten zapach], co do działania jednak wypowiedzieć sie nie mogę, bo maluję się stosunkowo rzadko, a i sięgam po inne produkty. Jednak idąc za ciosem, wzbogaciłam olejkiem także primer.
Zdecydowałam się także na kremożel Tialo. Skład już mi się podoba.
Mam nadzieję, że coś zadziałam, bo moja skóra denerwuje mnie niesamowicie.

2 komentarze:

  1. No proszę, ja olejek z drzewa herbacianego pakowałam swego czasu wszędzie, gdzie się dało, ale żeby go pacnąć do podkładu...? Tak daleko moja wyobraźnia nie sięgnęła :)
    A próbowałaś Korata z Meow? Ja co prawda używam trójki, ale też Tinkerbell z Pixie to moja gama kolorystyczna. I różowych tonów w podkładach unikam zdecydowanie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cathy - Początkowo miałam pewne obawy, czy zdołam rozetrzeć, czy nie będzie zbyt mokry, czy nie będzie się zbrylał, ale to przecież tylko kilka kropel, więc ładnie się połączyło i nic się nie dzieje :) Ja już łapię się wszystkiego, aby cały czas działać na skórę i wyprowadzić ją na dobre tory. Nie miałam nigdy większych problemów i teraz tak naprawę niewiele wiem, co mogę robić, by działać szybko i skutecznie. A do tej pory zazwyczaj olejek z drzewa herbacianego towarzyszył mi głównie w olejku myjącym do twarzy i jako dodatek do glinek.
    Miałam Korata, Siamese Abyssian, ale wszystkie wyglądały różowo :( Nie wiem dlaczego, ale do mojej twarzy nigdy nic się nie dopasowuje. To ja muszę się idealnie dopasować, dlatego bywa ciężko, ale mieszanie i zmiana koloru mi nie przeszkadza ;)

    OdpowiedzUsuń