menu

niedziela, 4 sierpnia 2013

Szybki mineralny primer.

Jako fanka minerałów wielką sprawa mi przyjemność brudzenie rąk prochami. Tu coś zmieszam, tam utrę. Kocham podkłady mineralne za to, że mogę sobie dopasować odcień, nawet, jeśli kolor wyjściowy odbiegał całkowicie od mojej karnacji.
Osobiście nie wyobrażam sobie jednak nałożenia podkładu mineralnego na krem, nie mówiąc już o filtrach. A, że sięgam po wysoką ochronę, nie trudno się domyślić, że tłuste to to i mało przyjemne, jeśli o jakikolwiek makijaż chodzi. I żeby podkład leżał dobrze, wyglądając przy tym naturalnie, czasem trzeba się naprawdę wysilić. Dlatego dla mnie najważniejszym etapem jest zmatowienie filtra. I to w taki sposób, aby go nie zetrzeć, przy okazji nie robiąc maski o wyglądzie mąki. Poza tym primer musi idealnie przygotować twarz na podkład mineralny, aby ten nie zaczął sie warzyć czy nieestetycznie schodzić, tworząc plamy.
Przyznam, iż mimo jakiegoś tam stażu, wciąż zdarzają się dni, kiedy pielęgnacja z kolorówką nie chcą współpracować. Nawet, jeśli dzień wcześniej sięgnęłam po identyczny zestaw kosmetyków. Cóż, minerały maja to do siebie, że lubią się buntować.
Dość długi okres czasu stosowałam nieprzerwanie najzwyklejszy puder ryżowy dostępny na kolorówce. Matowił idealnie, zapobiegał efektowi 'ciasta'. Jednak, kiedy czasem zakupy zawładną umysłem i nieopatrznie kliknie się na więcej komponentów, niż było w zamiarze, worki strunowe można znaleźć niemal w każdym kącie. Poza tym minerały mają pewną, ale znaczącą wadę - potrafią mocno uzależnić. Dlatego wiele razy przy okazji mineralnych zakupów wahałam się nad wrzuceniem choćby próbeczki bazy. Jednak, na moje szczęście, w takich chwilach rozsądek brał górę nad chciejstwem, toteż kończyło się na usuwaniu delikwenta z koszyka. A gdzieś tam cichy głosik przypominał o nieszczęśnikach z kolorówki oczekujących na swoja kolej. Skorzystałam więc z wolnego wieczoru, w następstwie czego zdradziłam ryżowe cudo. Nie do końca jednak. Nie miałam serca całkowicie go wykluczyć z receptury; ostatecznie wylądował w worku strunowym razem z krzemionką, sproszkowanym jedwabiem, mikrosferami silikonowymi i szczyptą zielonego pigmentu [coby zniwelować zaczerwienienia]. Może dwoma, ewentualnie pięcioma. Nie miało to to ustalonych proporcji, nie zasięgnęłam znikąd receptury. Wszystko na oko. Jednak efekt był wspaniały. Matuje bardzo dobrze, pięknie wygładza, wyrównuje koloryt, przy tym nie jest tak suche jak sam puder ryżowy. No i nie zapycha porów, co jest dla mnie bardzo istotne. Zużyło się jednak dość sporo, dlatego siadłam dnia dzisiejszego, aby to naprawić [i tym samym nieco uszczuplić zbiory]. Dwa słoiczki wyszły w ostatecznej rozsypce. Na dłuższy okres wystarczy, o.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz