menu

poniedziałek, 30 września 2013

Biore UV Aqua rich

Nie wyobrażam sobie przetrwać lata bez wysokiej ochrony przeciwsłonecznej. Od kilku lat obserwuję, że filtrowanie skóry jest w cenie. Jednak większość osób, które wybierają tego typu kosmetyki kierują się nieco innymi kryteriami. Ja, nie ukrywam, robię to ze względów estetycznych. Tak, uwielbiam bladą skórę i staram się robić wszystko, aby ja utrzymać, dlatego też w w okresie letnim można zobaczyć mnie przymykającą od cienia do cienia w lekkim sweterku czy marynarce ;)
Jako, że sięgam po mineralną kolorówkę, zadanie mam nieco utrudnione. Zapewne wiele fanek minerałów wie, co mam na myśli. Niejednokrotnie ciężka współpraca z kremem, efekt ciasta, plamy, ważenie się podkładu... A wysoka temperatura tylko utrudnia znalezienie współgrających ze sobą kosmetyków. Na mojej półce stało już wiele nieudanych produktów z filtrem, przedzierałam się także przez tony próbek. Ostatecznie zaczęłam nieśmiałą przygodę z azjatyckimi filtrami i już wiedziałam, że przy nich zostanę. Jednak i tu sprawa nieco się komplikowała, albowiem nie każdy sprawdził się na mojej cerze i nadawał sie pod podkład mineralny. W efekcie nabawiłam się 'cudownego' zanieczyszczenia cery...
Zrezygnowana, w połowie wakacji zdecydowałam się na zakup produktu od marki Biore. Czekałam cierpliwie, mecząc resztki zapasów. Kiedy otrzymałam produkt, nie wiedziałam nawet, że filtrowanie może być tak przyjemne!
Patrząc w lustro ciężko było mi uwierzyć, że to rzeczywiście filtr i to o tak wysokiej ochronie. Zero smug, zero bielenia, zero błysku. Kosmetyk jest lekki, delikatny i niewyczuwalny, wchłania się niemal całkowicie. Zazwyczaj używałam go pod minerały i na serum z witaminą c, ale we dnie, kiedy nie miałam czasu na makijaż lub po prostu nie chciało mi sie malować, a musiałam wyjść, smarowałam skórę tylko nim.
Filtr ten z makijażem współpracuje idealnie. Stanowi świetną bazę, podkład się nie ściera, nie tworzą się plamy. Jednocześnie nie podkreslił u mnie suchych skórek i nie przesuszył, a obawiałam się tego nieco. Ale zaznaczę, nie nie sięgałam po niego codziennie, więc nie nie jestem w stanie powiedzieć, jak sytuacja wyglądałaby w takim wypadku. Nie mniej jednak produkt wywarł na mnie naprawdę pozytywne wrażenie.
Filtr Biore jest zdecydowanie najlepszym kosmetykiem w tej kategorii, jaki miałam do tej pory. Szczerze polecam, szczególnie cerom tłustym i mieszanym. Z drugiej strony dla suchej skóry mógłby być za silny, ale może bogaty, treściwy krem załatwiłby sprawę.
Jednak nie wiem, czy kupię ten produkt ponownie, bo chcę wypróbować inne warianty oraz firmy ;) Prawdopodobnie następnym razem zdecyduję się na wersję Mousse.

czwartek, 26 września 2013

DIY: primer mineralny.


W końcu zebrałam się do tego, aby ukręcić jakiegoś procha z ronasphere. Lepiej późno niż wcale.
Sporo czasu w sumie zajęło mi rozważenie ewentualnych składników, jakie dodam do całości. Nie chciałam za bardzo się powtarzać, bo od jakiegoś czasu moje 'autorskie' mieszanki opierają się głównie na pudrze ryżowym oraz krzemionce. Oczywiście, oba komponenty znajdują się w opisywanym primerze, ale jest ich zdecydowanie mniej. Ciekawa jestem, jak zadziała mniejsza procentowa ich ilość w gotowym produkcie. Mam nadzieję, że takie rozwiązanie się sprawdzi, tym bardziej, że nie potrzebuję już tak silnego matowienia; w końcu jesień za oknem.
Kosmetyk z pewnością może być używany zarówno jako baza, jak i puder, jednak ja osobiście w zasadzie nigdy nie sięgam po puder jako wykończenie makijażu. Chyba, że potrzebuję zapewnienia, iż nie zacznę się nieestetycznie błyszczeć po jakimś czasie. Cóż, fanką poprawek w gotowym makijażu nie jestem i przy sobie noszę jedynie pomadkę do ust. Najczęściej tylko tę nawilżającą.
Nie przedłużając; niżej przedstawiam recepturę na primer. Dodam, że kolorówka podaje stężenie procentowe dla ronasphere w wartości1-5 %. Ja zwiększyłam na własne 'ryzyko', gdyż usilnie pragnę zobaczyć ten efekt soft focus ;)
Jeśli ktoś obawia się eksperymentów, polecam zachować sugerowaną ilość, pomniejszając składnik na rzecz choćby pudru perłowego [opcja szczególnie dla cer suchych i normalnych], ryżowego lub krzemionki [obie propozycje raczej dla cer tłustych i mieszanych]. Można także wzbogacić produkt jedwabiem w proszku, alantoiną, pudrem bambusowym...

Skład [procentowy]:
Ronasphere 20%
Puder ryżowy 30%
Krzemionka 20% [można dodać mniejsza ilość, zwiększając np ilość pudru ryżowego, zważając, że w skład ronasphere wchodzi także krzemionka]
Puder perłowy 20%
Mikrosfery silikonowe 10%.

Przede mną pierwsze testy. W sumie jak na ilość do przetestowania, primera jest całkiem sporo, ale to dlatego, że użyłam miarki kuchennej 1ml.
Niedługo opiszę pierwsze wrażenia.

środa, 25 września 2013

update: nowości.


Dokładka; tym razem kosmetyki z Rosji oraz rękawica Kessa. 

W ostatnim poście znalazł się między innymi peeling enzymatyczny Yoskine, więc jak to, dwa kolejne? Cóż, rosyjskie kosmetyki zamówiłam pchana 'potrzebą' i zanim do mnie dotarły, wypadła mi wycieczka na miasto ;)
Jeśli o markę Organic shop chodzi, do tej pory nie byłam w posiadaniu żadnego ich produktu. I przeglądając oferty sklepów natknęłam się na powyższego enzymatyka. Od razu wygooglowałam delikwenta, a tu, KURCZĘ!, same pozytywne opinie :D I tak to się zaczęło, bo musiałam przedwcześnie wejść w jego posiadanie [jasne, bo moi stalkerzy wykupią całe zapasy przede nmą]. Przy okazji odkryłam gommage, który według producenta można stosować codziennie, więc stwierdziłam, że będzie dostatecznie delikatny dla mojej cery. A jak już za wysyłkę płacę raz, to co mi tam, dodajemy do koszyka! Następnie sklep zaoferował mi maski drożdżowe Agafii, a że miałam kilkukrotnie i byłam zadowolona, to czemu by nie i ich kupić? Nie ważne, że mam zapas... A potem maseczki do twarzy. Oj, maseczki... było, wiele. I kusiły, naprawdę. Zmiękłam jednak dopiero przy glince błękitnej. Bo jeszcze takiej nie miałam. A glinki kocham miłością namiętną i odwzajemnioną. Moja jest z jonami srebra [ohoho]. I podobno przeciwzmarszczkowa.
Coś ostatnio podejrzanie wpadają w me ręce kosmetyki dla cer dojrzałych. Nie, żebym na 'metki' patrzyła; skład i działanie mnie interesuje, o.
Aha, warto wspomnieć, że producent oferuje nam ową glinkę podzieloną na dwie porcje; to jest, otrzymujemy dwa woreczki po 50g glinki. Dobre rozwiązanie c:
Zdecydowałam się także na zakup rękawicy Kessa. Jak dotąd naczytałam się o niej wiele dobrego, stwierdziłam więc, że pora wejść w jej posiadanie. Jutro wypróbuję ją z czarnym mydłem. 




Uf, dobiłam do końca. Pewnie nie będzie zaskoczeniem, iż ogłaszam ban na zakupy... 
He, ostatnio także takowy sobie narzuciłam, ale przyznam, że w zasadzie wytrwałam parę miesięcy, pomijając zakupy podstawowej pielęgnacji. Zapasy się nieco zmniejszyły, tym samym trochę je podreperowałam, powiedzmy.
Wciąż mam hot wishlistę, ale będzie musiała poczekać, a tym czasem ja sama będę z niecierpliwością zacierać ręce aż otworzę pierwsze opakowanie z ostatnich zdobyczy.
Na razie jednak trzymam się planów zużyć i nie sięgam po nic nowego, bo nie ma dla mnie nic gorszego niż chaos i miliardy otwartych jednocześnie opakowań.

poniedziałek, 23 września 2013

ponadprogramowo.

Kilka zdobyczy z dnia dzisiejszego. Tak bardzo się cieszyłam, że trzy ostatnie miesiące upłynęły pod znakiem sporych zużyć, a w szafkach i półkach zrobiło się trochę miejsca, a tu taka niespodzianka. Systematyczność w uzupełnianiu braków.
Nie mniej jednak zadowolona zakupy sprawiły trochę radości.

Promocje kuszą, a ja czynię takie oto zbrodnie. Mimo, że moja skóra zaliczą się do młodej [jeszcze troszeczkę :D ], zdecydowałam się na peeling Yoskine z kilku powodów. Przede wszystkim, bo enzymatyczny. Dalej; dla cery naczynkowej, nie miałam jeszcze żadnego kosmetyku tej marki. A że na zmarszczki, oko się przymknie. Micelar dla mamy, więc tu się tłumaczyć nie będę, a żel i dezodoranty, to wiadomo, używane codziennie. Nivea sztuk dwie, bo uwielbiam zapach.
Wax wersja blond zakupiony w pełni świadomie, albowiem regularnie robię włosom rumiankowe płukanki, a hennę wzbogacam składnikami rozjaśniającymi/ocieplającymi kolor.  Peeling Le'maadr będę używać ostrożnie, pod całkowitą kontrolą. Mam nadzieję, że mnie nie podrażni. Odnośnie balsamu Bioliq; zazwyczaj kupuję preparaty ujędrniające jako uwieńczenie systematycznych masaży i peelingów, teraz z czystej ciekawości sięgnęłam po wersję antycellulitową. To mój pierwszy pełnowymiarowy produkt tej firmy, mam nadzieję, że się nie zawiodę.
 
Nie mogłam odmówić sobie także herbat ;)


Na koniec także niekosmetycznie. Podczas porannych zakupów w Biedronce w moje dłonie wpadły dwa zestawy z ołówkami. Były jeszcze kredki, ale to już nie moja działka. Nie mniej jednak w wolnych chwilach [czy raczej tych, kiedy nachodzi mnie jakiś wen], rysuję. Zazwyczaj tworzę własne postacie, ale mam na kartkach kilka portretów. 
Nie mniej jednak odłożyć pudełka nie mogłam, w zasadzie to chwyciłam oba i jeszcze przy kasie zastanawiałam się, który zestaw wybrać. Tak oto do domu wróciłam z wyżej przedstawionym.
Na zdjęciu obok widnieje książka, która aktualnie czytam. Wczoraj [dzisiaj...] oderwałam się o pierwszej w nocy i gdyby nie to, że musiałam stosunkowo wcześnie wstać, czytałabym dalej. Na chwile obecną mogę stwierdzić, że jest pisana lekkim stylem, bez zgrzytów, czyta się płynnie i szybko. Myślę, że pochłonę ją w niedługim czasie.
Skoro już poruszyłam temat, wspomnę, iż na moich półkach można znaleźć głównie horrory, thrillery, kryminały i raczej te mroczne sensacje. Jestem zwolennikiem kupowania własnych tomów, choć wiadomo, wszystkiego mieć nie mogę. Ponadto zdecydowanie preferuję wersje na kartkach; czytając ebooki niejednokrotnie się męczę.

Ogólnie w dniu dzisiejszym na mojej drodze spotkałam wiele okazji; tu kusiło, tam zachęcało. Ostatecznie jednak udało mi się częściowo zwalczyć chcice. Lepiej dla mnie, gdyż oczekuję jeszcze kilku kosmetyków.

niedziela, 22 września 2013

aktualka.

Czyli krótko o postępach regeneracji dłoni, zużyciach, planach, zmianach.

~Jakiś czas temu opisałam ogólnikowo sytuację, jaka dotknęła skóry na moich dłoniach. Od tego momentu mam za sobą kilka peelingów korund + kwas AHA + skała wulkaniczna + olej. I jest zdecydowanie lepiej. W tygodniu wykonam ostatni o takim składzie, po czym dla podtrzymania efektu będę regularnie sięgać po korund z olejem. Dłonie oczywiście smaruję kilka razy dziennie; przede wszystkim ulubionymi kremami [głownie arnikowym Yves rocher i Kamill intensiv] oraz buską maską siarczkową. Obyło się bez serum.

~Zmieniłam nieco program odnośnie pielęgnacji, tj. mimo zużyć, kosmetyczne plany pozostają w zawieszeniu; postanowiłam najpierw wykorzystać wszelkie próbki saszetki, bo zalegają. Nie mam ich aż tak dużo, więc nie potrwa to zbyt długo, ale jest na tyle, by zwyczajnie zawadzały. Mam tylko nadzieję, że nie wyjdzie mi to na złe, bo nieco zapanowałam nad sytuacją z cerą.

~Z dniem wczorajszym pożegnałam żółtą glinkę, także wszystko zmierza ku dobremu, wykańczanie według planu sprawdza się najlepiej. Jestem też blisko dna peelingu enzymatycznego Apis, ale, żeby zachować równowagę, poczyniłam malutkie [naprawdę!] zamówienie. Ale więcej na ten temat skrobnę na tygodniu. Szykuje się post z nowościami w zbiorach, a tych, mimo wszystko, całkiem sporo, zważając na ban zakupowy c:

~Jak zużycia, to zużycia... więc wspomnę nieco o mojej miłości, czyli herbatach. Większość osób, która mnie zna, wie, jak bardzo je kocham. Wszelkie aromatyczne, smakowe napoje to mój swego rodzaju nałóg, a mojej kolekcji nie powstydziłaby się niewielka herbaciarnia. Niejednokrotnie, kiedy odwiedza mnie kuzynka i prosi o herbatę, stoi przed półką przez kilka minut, zastanawiając się, na którą się zdecydować.
Mam kilka ulubieńców, do których wracam, ale prawdziwą przyjemność sprawia mi poznawanie nowych smaków. Czasem otwieram kilka opakowań na raz i rozkoszuję się sześcioma, siedmioma różnymi smakami przez jakiś czas. Staram się jednak od jakiegoś czasu powstrzymywać, kupuję mniej i wypijam po kolei [tj otwieram ok trzy pudełka ;) ]
W tym tygodniu dno ujrzało kilka kartoników, więc zrobiłam mały porządek i znalazłam przy okazji kilka nierozpakowanych, zapomnianych herbat, które od razu wylądowały na samym przodzie szafki.  Znalazłam także kilka folii herbat parzonych, głownie owocowych. Aktualnie więc ciesze nimi moje podniebienie. Rozsmakowałam się w yerba mate oraz odświeżyłam nieco już zapomniany smak earl grey z dodatkiem chabru. I mam już kilka aukcji na all z listą herbat, które uzupełnią braki w szafce. Jesień zwyczajowo będzie niesamowicie przyjemną porą.

~Przypomniałam sobie, że przecież stosunkowo niedawno zakupiłam na kolorówce Ronasphere i jak dotąd leży nietknięte. Aż dziw bierze, prawda? Dlatego myślę, że szykują się testy. Na chwilę obecną myślę o dodaniu do niego mikrosfer silikonowych, może wzbogacę także pudrem perłowym BU, który solo na mojej skórze się kompletnie nie sprawdza. I zapewnię uwieńczę mieszaninę olejkiem z drzewa herbacianego. Bardzo spodobało mi się owe rozwiązanie. Muszę także dopisać na listę rzeczy do kupienia olejek z zielonej herbaty.
Pora więc zajrzeć w mineralne zbiory i poszukać komponentów, które wsypę do worka strunowego.

To chyba wszystko, co miałam do napisania. W tygodniu szykuje się kolejna recenzja azjatyckiego produktu, także zachęcam do zaglądania zainteresowanych.
Jutro wybieram się na maleńkie zakupy/łowy/poszukiwanie prezentu i będę bardzo, bardzo starała się ominąć sklep firmowy Organique, gdyż mam kilka pozycji na wish, a mam nadal niezłe zapasy kosmetyczne. A nawet jak jakaś siła mnie wciągnie do środka, zbiorę w sobie całą samokontrolę, by wyjść z kompletną zawartością portfela.

sobota, 21 września 2013

It's skin power 10 formula VC effector



Krem wodny, serum... Różne źródła mają na niego własne nazwy. Nie mniej jednak ja stosowałam produkt jak typowe serum… ale nie do końca. O tym jednak w dalszej części posta; zacznę od spraw najważniejszych.
Na pierwszy ogień wezmę zwyczajowo opakowanie. I tu następuje ambiwalencja. Żeby nie było tak pięknie, kolorowo i och i ach, zacznę od stron negatywnych. Niestety, ale szyjka w stosunku do rurki pepitki jest zbyt wąska. A przynajmniej początkowo kosmetyk potrafił wyciekać poza opakowanie, a to wiadomo, marnowanie i zabrudzenie, więc niezbyt przyjemna cześć użytkowania. Potem jednak, kiedy płynu ubyło nieco z opakowania problem się zmniejszył, a z czasem znikł. Dodam, że przy wersji wybielającej problemu nie ma w ogóle, gdyż jest ono zupełnie rzadkie, niemal jak woda, a VC… no właśnie. Żółta butelka mieści w sobie kosmetyk o konsystencji raczej żelowej, na pewno nie wodnistej, ale i niezbyt gęstej. I dlatego właśnie mogłam produkt traktować jako serum, ale jego działanie było dostatecznie nawilżające, bym mogła krem pominąć. Dlatego też najczęściej stosowałam go w sposób następujący: rano solo pod filtr, chyba, że skóra wyjątkowo brzydko się zachowywała i potrzebowałam mocnego, konkretnego nawilżenia. Zazwyczaj wtedy na VC lądował różowy ślimak Mizona i ten duet uzupełniał się rewelacyjnie. Potem wieczorem pod kremy, oleje, sleeping packi już jak każde typowe serum. I tu także spełniał swoje zadanie. 
Wracając jeszcze do opakowania; sapa pepitka była na tyle długa, że pozwalała niemal do końca wydobyć produkt z opakowania, a że takich opakowań miałam już trochę, to jest to dość istotne dla mnie. Niejednokrotnie, kiedy kosmetyk się kończył, musiałam odwracać butelkę i czekać, aż spłynie na dłoń. Tu praktycznie problemu nie było, może przy dwóch ostatnich użyciach.
Teraz sprawa najważniejsza, czyli działanie. Serum/krem wodny podobno ma rozjaśniać [choć byłam i jestem nieco sceptyczna, bo po co producent oferuje także typowo wybielającą wersję?] oraz zwężać pory. Ja jednak nie wymagałam bezdyskusyjnie ani jednego ani drugiego, aczkolwiek nie miałabym nic przeciwko takiemu działaniu, nie. Jednak, co mną kierowało, kiedy wrzucałam butelkę do koszyka to dobroczynne działanie witaminy c i głęboko w nią wierzę w przypadku tego produktu. Choć różnie to jest z jej stabilnością, oczywiście, różne osoby mają na tej płaszczyźnie własne przekonania i można by całe litanie pisać na ten temat. Mi jednak chodziło głownie o kompatybilność z flitem i produkt ten spełnił moje oczekiwania zupełnie. Ale, ale! oczywiście wspomnę o obietnicach producenta. W kwestii pierwszej nie zauważyłam mocnego odbarwienia plam, aczkolwiek, kiedy przyglądam się swojej twarzy w lustrze, faktycznie wydaje się jakby nieco jaśniejsza, ujednolicona. Jeśli jednak chodzi o obietnicę numer dwa, jest chyba nieco gorzej. Na pewno nie uświadczyłam jakiegoś wybitnego schowania porów, ale też, mimo wszystko, posiadaczką kraterów nie jestem, a i one same rządzą się swoimi prawami oraz kaprysami mojej cery, więc jednego dnia twarz wygląda przewspaniale, a drugiego, cóż… straszę. Na koniec wspomnę jeszcze o zapachu, który wprost uwielbiam. Cytrusowy, nie z tych chemicznych, świeży. Lubię to.
Reasumując; mimo nie do końca spełnionych obietnic producenta, z serum byłam szczerze zadowolona. A z pewnością z działania, jakiego wymagałam, używając w sposób, jaki planowałam. Czy polecam, to zależy, bo jeśli ktoś liczy na 100% efektów, może się jednak rozczarować, ale to też kwestia cery zapewne, a, jak wspomniałam, producent oferuje także serum rozjaśniające, więc to wybielanie odbierałabym z przymrużeniem oka. Ja być może wrócę do kosmetyku w okresie letnim, a to już coś oznacza ;)

środa, 18 września 2013

Mniej znaczy więcej..?

Świeżaki w moich zasobach. Niby takie nic za grosze, a jak wiele mogą zmienić [a przynajmniej na to liczę].

Na początek krótkie przedstawienie niebieskiego pomocnika;
Cóż, uwielbiam glinki. Jednak to, co mnie nieraz irytuje, to zmycie ich. Przyznaję bez bicia, że najczęściej trzymam je na twarzy 20-30 min i jestem zbyt leniwa, by nie dopuścić do ich wyschnięcia. Początkowo pryskałam skórę wodą, ale teraz najczęściej zajmuję się czymś innym, czas mi upływa i wiadomo, jak wychodzi. Zawsze kładę dość grubą warstwę maski, tym samym glinka nie wysycha w całości i się nie kruszy, jednak kiedy przychodzi czas na zmywanie, bywa ciężko, nieprzyjemnie i brudno. Do zakupu gąbki szykowałam się dość długo czas, ale zawsze kończyło się to tylko na planowaniu. A to akurat nie było ich na stanie, a to zapominałam kompletnie, że miałam wrzucić do koszyka... Ostatecznie doszło do tego, że gąbeczkę nabyłam w nie swoim mieście ;) Ale jest i ułatwia sprawę niesamowicie.
Kiedy już ląduję nad umywalką, aby zmyć podeschnięte 'błotko', przychodzi czas na gwiazdę ostatniego sezonu. Najpierw dość mocno zwilżoną gąbkę przykładam do twarzy, by zmoczyć glinkę. Czekam chwilę, by zacząć ścierać delikatnie maskę ze skóry. Oczywiście co chwilę oczyszczam gąbeczkę. Dzięki niej czynność ta zajmuje mi o wiele mniej czasu, jest przyjemniejsza i nieporównywalnie mniej brodząca. Jestem jak najbardziej zadowolona i polecam zakup.


...i nadszedł czas na różowego pomocnika po lewo...
...który jest ze mną od wczoraj. A ma pomóc w oczyszczaniu i wykurzeniu wągrów.
Tak, świat byłby wspaniały, gdyby udało mi się pozbyć małych, czarnych okropieństw.  To im 'zawdzięczam' większość problemów z cera, tj dziury, przebarwienia, skórki. Bo dłubię. Nie umiem się powstrzymać. A próbowałam. Serio. I, niestety, mam świadomość, że nie uda mi się ich pozbyć raz na wasze. A że jestem posiadaczką cery mieszanej, komedogennie wrażliwej, to mam kłopot. I jeszcze większy, bo naczynka. Powoli szykuję się do kwasów, bo niestety, chyba tylko one pomagają utrzymywać dobry stan mojej cery. Przez okres letni musiałam je odstawić, filtrowałam się konsekwentnie i mam teraz cudowne skutki, które naprawiam kremami na trądzik... Regularne oczyszczanie niewiele pomaga w takim przypadku. Moja cera jest na tyle kapryśna, że wymaga ode mnie cięższego kalibru. Ale wiadomo, że kwasy nie przez cały rok, ba, nie przez zbyt długi okres czasu w ogóle + muszę skrupulatnie obserwować twarz pod kątem naczynek, więc trzeba szukać kompromisu. W zasadzie cały czas to robię. Próbowałam toniku nafta + olejek pichtowy, przyklejałam plasterki na nos, sięgałam po azjatyckie maseczki peel off na wągry, miałam także krótki incydent z OCM, pokładałam nadzieję w mydle węglowym, ale wysuszało mnie. Szukałam różnych receptur, pomysłów. Od jakiegoś czasu zaczęłam interesować się peelingującymi gąbeczkami, szczoteczkami do twarzy oraz tym silikonowym cudom. Ostatecznie przy ostatnich zakupach na ebayu zostało mi kilka dolarów i podjęłam spontaniczną decyzję. A co tam, nie zbankrutuję. Tym samym po krótkim czasie otrzymałam przesyłkę.
Na razie nie opracowałam sobie taktyki, jak i z czym będę używała przyrządu; zacznę prawdopodobnie co drugi dzień, potem spróbuję codziennie. Mam nadzieję, że zauważę choć minimalne efekty, ale oczywiście liczę na więcej.
Na chwilę obecną jestem zadowolona z zakupów i już rozglądam się za kolejnymi ciekawymi rozwiązaniami w oczyszczaniu twarzy. Planuję też włączyć do pielęgnacji regularne maseczki z kurkumy. Moja wersja - z miodem i cytryną; nastawiona głownie na rozjaśnianie przebarwień.

wtorek, 17 września 2013

something personal.


Czyli krótko o tym, jak wyglądają moje ostatnie dni.
Chora, zakatarzona, powiększone węzły chłonne, bolące gardło. 
Grube, ciepłe ubrania, gorąca herbata, większość doby pod kołdrą.
I pogoda za oknem, która mogłaby wpędzać w depresyjny nastrój, ale nie wpędza. 
Może trochę i może dlatego, że jestem chora, bo gdybym nie była, otworzyłabym okno, 
by móc zaciągnąć się zapachem ozonu i wsłuchiwać w uderzenia kropel o parapet.
Kocham deszcz, kocham jesienną, ponurą dla większości pogodę. Dobrze się czuję, 
kiedy jest zimno. Kiedy marznę. Nienawidzę upałów, odczuwam wtedy dyskomfort 
fizyczny, jak i zarówno psychiczny. W okresie letnim nie jestem bardziej pobudzona, 
nie mam więcej energii. Wręcz odwrotnie. Mogłabym przeleżeć całe wakacje.
Jesień i zima zawsze kojarzyły mi się bardzo pozytywnie. Chłód, ale ten przejemy, 
gorące, aromatyczne herbaty, świece zapachowe i olejki eteryczne, cytrusy, duuuużo
cytrusów, miękkie, wygodne swetry i bluzy, wełniane szaliki szczelnie owinięte wokół szyi.




Tymczasem mój soundtrack przewodni:

...oraz towarzysze:

poniedziałek, 16 września 2013

Zużycia oraz plany...

Bardzo, bardzo się cieszę, bo zapasy się uszczuplają :)
Dodam też, że udało mi się wstrzelić ze zużyciami niemal idealnie do potrzeb i oczekiwań mojej cery na chwilę obecną.

Krótko mówiąc, moje azjatyckie mini zużycia.











...oraz nowości włączone w plan pielęgnacji. Serum Dr Scheller oraz Uriage mają pomóc w zapanowaniu nad cerą. Dlaczego? Bo kwasy :D Tak, tak, kocham okres jesienno-zimowy i zawsze wyczekuję go ze zniecierpliwieniem.


A teraz jeszcze mini plan zużyć. Sama nie wiem, kiedy i jakim sposobem znalazło się w moich odjęciach tyle maseczek, dlatego robię dobrze mojej twarzy stosunkowo często. I zauważyłam, że jej stan się poprawił [puk, puk]

niedziela, 15 września 2013

Yes to carrots softening facial mask.

...czyli mój pierwszy produkt Yes to. I prawdopodobnie na nim zakończę moją chwilową przygodę z marką. Ale może od początku...
Szczerze powiedziawszy, dość ciężko mi zrecenzować owy produkt. Plusy są, minusy w zasadzie także, aczkolwiek żadne z powyższych nie bierze góry nad odczuciami. Działanie maski więcej niż poprawne, ale też nie zachwyciło mnie w żaden sposób. Podobne efekty mogę uzyskać wzbogaconą glinką [a jak stopień wzbogacenia rośnie, to efekty lepsze!]  i o wiele tańszym kosztem. Za cenę, jaką woła producent, to zdecydowanie za mało. Maseczki nie otrzymujemy zbyt wiele, jednak jest ona wydajna. Konsystencja raczej gęsta, ale nie miałam większych problemów z rozprowadzeniem kosmetyku. Zapach nie przypadł mi do gustu.
W zasadzie produkt przyjemny, ale mnie nie powalił, po prostu.
To nie tak, że produktu nie polecam, ale znam lepsze. Myślę, że osoby, którym babranie się w sypkich glinkach nie odpowiada, mogłyby zainteresować się maseczką Yes to. Ja jednak pozostaję wierna moim osobistym top produktom.

piątek, 13 września 2013

navy smokey.

...czyli błyskawiczny przydymiony makijaż. Z wykorzystaniem tylko jednego cienia i pędzelka. A dokładniej Glazel z palety matów o numerze H21 na diamentowej konturówce Avon [dlatego, niestety, przebijają drobiny; cień jest zupełnie matowy] oraz pędzel kulka essence.
Wykonanie nie zajmuje nawet pięciu minut, więc ratuję się nim, kiedy nie mam czasu oraz weny na coś bardziej wyszukanego, a wprost uwielbiam to, w jaki sposób granaty podkreślają moją ciemnobrązową tęczówkę. Choć to i tak niecodzienny wybór, gdyż zazwyczaj sięgam po czernie i szarości. Wszystko w macie.
*niestety, na zdjęciu brwi wyszły w tak fatalnym stanie, że próbując to naprawić stworzyłam jakiś dziwny, gładki i rozmyty twór, a że fotoszopa nie mam, to nie ma obróbki pro.
Swoją drogą, pora pomyśleć o obfotografowaniu palety; ja w swoich zbiorach posiadam  szóstkę. 









Z takich małych przyjemności; dziś 
dokonałam skromnych zakupów 
w Rossmannie. Dzieciaczkowy 
puder i oliwka, którą z pewnością 
wykorzystam, kiedy będę robiła 
olejek myjący do twarzy. Miałam 
kupić dwie, ale mam jeszcze dwa 
całe opakowania orzecha włoskiego. 
Na puder nie mam jak na razie 
pomysłu, co do zastosowania, ale 
zachęcona jego [podobno] łagodzącym 
działaniem nie mogłam nie wziąć :D

środa, 11 września 2013

Walka o skórę dłoni.



Sierpień nie był zbyt łaskawym miesiącem dla moich dłoni. Dlatego teraz ich kondycja woła o pomstę do nieba. Przypomniało mi to nieco sytuacje, kiedy to zimą doprowadziłam je do niezbyt przyjemnego stanu, nagminnie zapominając o rękawiczkach. Z trwogą i jednoczesnym zdeterminowaniem zaczęłam walkę o ich regenerację zakończoną sukcesem. Niestety, od kiedy pamiętam skóra moich dłoni jest niesamowicie sucha, a kremy niewiele pomagają. A teraz, kiedy niemal cały miesiąc poświęciłam na generalne porządki każdego kąta i usuwanie pozostałości po remoncie [kochany pył i kurz!], wyglądają strasznie. Wiem, że mogłam sięgnąć po rękawiczki lateksowe, ale strasznie tego nie lubię; przeszkadzają mi i odczuwam dyskomfort. Podejrzewam także, ze talk w nich zawarty wcale nie byłby sprzymierzeńcem skóry. Mam jednak w zanadrzu sposoby, które pomogły mi zimową porą. Kilka razy dziennie smarowanie kremem to zdecydowanie za mało. Dlatego wracam do regularnego peelingowania. Do tej pory robiłam własny, najprostszy peeling, tj korund + olej. Czasem sypnęłam solą kuchenną. Tym razem jednak posuwam się dalej, wzbogacając mieszankę pyłem ze skały wulkanicznej oraz kwasami AHA. Masaż, niezbyt mocny, ale i nie za delikatny przez kilka minut a potem sprawdzony krem. Pora także wrócić do buskiej maski siarczkowej. Mam także glicerynę, aloes i d-pantenol, więc czas pomyśleć o ukręceniu jakiegoś serum na dłonie. Myślę, że gruba warstwa maści z witaminą a na noc także się sprawdzi. Rozpoczynam walkę. Mam nadzieję, że już niedługo stan skóry ulegnie poprawie.

poniedziałek, 9 września 2013

Tonymoly appletox smooth massage peeling cream - moje wrażenia.

No i stało się. Dobiłam dna. Jabłka od Tony moly oczywiście. W zasadzie już jakiś czas temu, ale nie mogłam się zebrać do naskrobania tej minirecenzji. Choć i to zbyt wiele powiedziane; raczej luźne przemyślenia i odczucia po zużyciu jednego z azjatyckich kosmetyków, które zagościły w moich zbiorach.
 Zacznę może od tego, co widoczne dla oka. A więc w ręce wpada nam jabłko. Zielone. Całkiem realistyczne, uściślając. Jestem na tak. Moja znajoma także, żałując niezmiernie, że na naszym rynku nie występują tak urocze opakowania.
Kolejną, namacalną rzeczą jest zawartość, a jak! Biała, niezbyt gęsta, ale i nie za rzadka konsystencja, raczej sztuczny, ale miły zapach. Zdecydowanie nie z tych typowo chemicznych, nachalnych i nieprzyjemnych. Mi się podobał.
A teraz kwestia najważniejsza, czyli działanie. Wygładzie? Jest. Oczyszczenie? Jest. Nawilżenie? JEST! Czy Tonymoly podbił jednak moje serce? Chyba nie do końca... Nie twierdzę oczywiście,że to produkt zły, tym bardziej, że w zasadzie spełnił swoje zadanie. Co więc sprawiło, że mnie powalił mnie na kolana? Cóż... od jakiegoś czasu zmagam się z problemami z cerą i tym samym wariuje ona niesamowicie, a następstwem są okropne suche partie na twarzy.
I czasem udaje mi się nad nimi zapanować, czasem jednak nijak nie jestem w stanie ich ujarzmić. I, niestety dla jabłuszka, testy trafiły na gorszy dla mojej skóry okres. Po prostu produkt nie poradził sobie z najbardziej problematycznymi miejscami. Aczkolwiek resztę twarzy pozostawiał w stanie zadowalającym. Oczyszczoną, gładką, miękką, przy jednoczesnym nawilżeniu. Cenowo wypada również bardzo korzystnie; w okolicach 10$.
Podsumowując; produkt więcej niż poprawny, ale potrzebuję mimo wszystko czegoś mocniejszego. Czy wróżce do niego, nie jestem pewna, ale przede wszystkim idzie za tym fakt, iż na rynku azjatyckim produktów tego typu istnieje cała masa i skoro mam okazję próbować dalej, licząc, że trafię na mój ideał, kieruję się tym właśnie kryterium. Aczkolwiek nie twierdzę, że skreślam go zupełnie; możliwe, że zagości w mojej kosmetyczne, kiedy najdzie mnie kryzys pieniądza i nie będę mogła pozwolić sobie na droższy produkt, a będę w potrzebie. Ostatecznie produkt polecam jak najbardziej, jednak przede wszystkim osobom, których cera się świruje, a potrzebują łagodnego oczyszczenia do codziennej pielęgnacji, mając gwarancję, ze kosmetyk nie przesuszy skóry twarzy.

01/09/2013

Zeszłej niedzieli zawitałam do ukochanego Krakowa. Najpierw kilka godzin poświęciłam na skromne zakupy w galerii Krakowskiej [kolekcja płyt się powiększa, ale jak powstrzymać potrzebę kupowania, kiedy empik oferuje Iron Maiden niemal za darmo! ], a popołudnie/wieczór spędziłam w klubie na najlepszym koncercie, na jakim było mi dane kiedykolwiek być! Co prawda Emilie Autumn odwiedziła nasz kraj kilkakrotnie, ale do tej pory nie miałam sposobności zawitać na jej show. I teraz wiem, jak wiele mnie ominęło.
To było... niesamowite. Nadal jestem pod wrażeniem, jak niesamowitą jest osobą. To, co zaprezentowała, to artyzm w czystej postaci. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek planował przybyć na jej występ i nie dotarł z jakichkolwiek przyczyn, szczerze polecam.
Już od pierwszych minut byłam zachwycona. A z każdą kolejną uwielbienie rosło.
Było to dla mnie szczególne widowisko tym bardziej, iż Emilie jest jedną z nielicznych kobiet na mojej playliscie, a z jej twórczością obcuję dobrych klika lat [ok... pięć, sześć?]
Dla mnie jej koncerty to coś zdecydowanie więcej. To prawdziwy spektakl, sztuka.
Zresztą, trudno, aby było inaczej, kiedy nie skupia się ona jedynie na śpiewaniu, prezentując wachlarz talentów i pomysłów. Jest naprawdę wspaniałą kobietą. Rewelacyjny kontakt z fanami, różnorodność aranżacji, w zależności od tematyki piosenek. Oraz The bloody crumpets, które towarzyszyły jej praktycznie przez cały koncert. Ich solówki były magiczne. Bo na ilu koncertach macie okazję zobaczyć popis z płonącym hula hop? ;)
Jestem szalenie usatysfakcjonowana, zadowolona i ogólnie szczęśliwa, ze w tym roku udało mi się zorganizować wyjazd.
Poniżej kilka zdjęć zaczerpniętych z : http://toutepetitte.tumblr.com


 


niedziela, 1 września 2013

Jakiś czas temu dostrzegłam, że moje mineralne zapasy nieco się uszczupliły. Mam niezłą nawet kolekcję prochów, ale to żaden powód, aby nie uzupełnić zapasów ;)
Już jakiś czas temu odpuściłam sobie poszukiwanie idealnego koloru, choć posiadam taki w swoich zbiorach i jest to odcień oryginalny, wprost od producenta. Resztę musiałam stuningować na własne potrzeby. Niestety, jako, że kolor znalazłam wśród pokaźnej jak dotąd oferty kolorystycznej naszego polskiego Pixie, a jak pewnie większość fanek minerałów wie, jakie atrakcje firma serwuje, minerały owe leżą sobie spokojnie, rzadko ruszane. Tym bardziej, że formuła ulubieńcem nie jest. Ale kolor jest po prostu 'mój'. Tinkerbell na poziomie 0 lub 1 [oba są w porządku, ewentualnie zmieszane]; uściślając. Dlatego trzymam jako wzornik odcienia i zazwyczaj sięgam po innych firmy. Jednak podkład, na który uparłam się od jakiegoś czasu zaczął powoli zbliżać się do dna. A że był nim Aromaleigh i w moich zbiorach znajduje się sztuka dodatkowa, zachciało mi się czegoś nowego, czegoś, czego jeszcze nie posiadam. Miałam kilka typów z dobrymi recenzjami, ale obawiałam się nieco, bo nie wiedziałam, w jaki poziom jasności strzelić. I wtedy przypomniałam sobie o Moew. Z podkładem miałam już styczność, jednakże tylko w formule kryjącej, a po taką sięgam jedynie w momentach, kiedy z moją cerą jest bardzo, bardzo źle. Na co dzień wolę lekkie, naturalne wykończenie. Nie chcąc się jednak bawić w wysyłki zagraniczne przy jednoczesnym pragnieniu poznania odcieni, zamówiłam próbki na all. Żadna nie nadawała się do mojej cery. ŻADNA. Aż dziw mnie brał, że wiele dziewczyn znalazło wśród Meow swoje kolory, bo dla mnie niemal wszystkie są rózowo-szare.
Ale w porządku, pomyślałam. Mieszanie z pigmentami mi nie straszne, może nawet to lepsze, bo mam dopasowanie do cery, a opinie są zachęcające.
Tym oto sposobem z moich zbiorach zagościł koci Purr-fect puss sleek ocicat.
Kolor, mimo, że według producenta dedykowany oliwkom, nijak dopasowywał się do mojej skóry. Już został zmieszany na moje potrzeby. Odcień dobrany. A sam podkład leży rewelacyjnie. I, co dla mnie najważniejsze, nie waży się, nie schodzi nieestetycznie, nie ściera się, nie tworzy się efekt ciasta. I to wszystko na filtrach. Jestem jak najbardziej zadowolona z zakupu. Jednak czy kupię ponownie, nie wiem, gdyż mam na liście co najmniej dwie kolejne firmy do przetestowania. A jak wiadomo, wykończyć minerał to nie lada wyczyn, tym bardziej, kiedy posiada się kilka sztuk pełnych wymiarów i używa wymiennie.
Mam nadzieję zapoznać się z Joppa oraz Lauress, poza tym z firm mi znanych planuję sięgnąć po nieznane formuły. Jak dotąd jednym z moich top jest Lumiere veena velvet, dlatego przymierzam się do zakupu cashmere od sprawdzonej już i pokochanej firmy. Poza tym rozglądam się także za formułą Semi matte EDM. Tego lata całkowicie przepadłam odkrywając, że subtelne, satynowe wykończenie na mojej mieszanej cerze wcale nie straszy, a rozświetlenie nie oznacza posypanej brokatem twarzy.  Najważniejsze, aby to, co matowe powinno być, takim pozostało.
Tym samym zdecydowałam się na mały eksperyment i sięgnęłam po mój zestaw małego alchemika. W zbiorach zalegały mniej lub bardziej udane mineralne pozycje, wiele próbek niedopasowanych kolorem lub formułą. Dlatego, iż tegoroczne wakacje upłynęły pod hasłem wielkich porządków, dotarło to również do kosmetycznych zbiorów.
Sięgnęłam więc po wielki worek strunowy, wsypałam nieszczęśników i zmieszałam. Przyglądając się nieciekawemu tworowi, kombinowałam dalej. Wypałam puder ryżowy, jedwab w proszku i krzemionkę. I nieco uv base. Było nieco lepiej, ale nadal daleko od ideału. Nadszedł więc moment, by chwycić za tlenki. Kolor wyregulowany, ale wciąż to nie to. Myśląc nad tym, czego mogłabym jeszcze dosypać, przypomniałam sobie o perłowych mikach i pudrze rozświetlającym Everyday minerals. I tak, to był celny strzał. Lekki, satynowy podkład. Używałam z powodzeniem przez jakiś okres, jednak w między czasie walczyłam z kapryśną cerą. Doprawdy, czuję się jak dojrzewająca nastolatka w okresie buntu hormonów, a pod tym względem jestem już nieco przeterminowana. Kierowana nieco desperacją, szukając pomocy na wszelkie możliwe sposoby, postawiłam na kolejny eksperyment. Ty msamym kilka kropel olejku eterycznego z drzewa herbacianego znalazło się w mojej podkładowej mieszance. Oczywiście wszystko elegancko utarte w strunie. Pachnie rewelacyjnie [tak, uwielbiam ten zapach], co do działania jednak wypowiedzieć sie nie mogę, bo maluję się stosunkowo rzadko, a i sięgam po inne produkty. Jednak idąc za ciosem, wzbogaciłam olejkiem także primer.
Zdecydowałam się także na kremożel Tialo. Skład już mi się podoba.
Mam nadzieję, że coś zadziałam, bo moja skóra denerwuje mnie niesamowicie.