menu

sobota, 21 września 2013

It's skin power 10 formula VC effector



Krem wodny, serum... Różne źródła mają na niego własne nazwy. Nie mniej jednak ja stosowałam produkt jak typowe serum… ale nie do końca. O tym jednak w dalszej części posta; zacznę od spraw najważniejszych.
Na pierwszy ogień wezmę zwyczajowo opakowanie. I tu następuje ambiwalencja. Żeby nie było tak pięknie, kolorowo i och i ach, zacznę od stron negatywnych. Niestety, ale szyjka w stosunku do rurki pepitki jest zbyt wąska. A przynajmniej początkowo kosmetyk potrafił wyciekać poza opakowanie, a to wiadomo, marnowanie i zabrudzenie, więc niezbyt przyjemna cześć użytkowania. Potem jednak, kiedy płynu ubyło nieco z opakowania problem się zmniejszył, a z czasem znikł. Dodam, że przy wersji wybielającej problemu nie ma w ogóle, gdyż jest ono zupełnie rzadkie, niemal jak woda, a VC… no właśnie. Żółta butelka mieści w sobie kosmetyk o konsystencji raczej żelowej, na pewno nie wodnistej, ale i niezbyt gęstej. I dlatego właśnie mogłam produkt traktować jako serum, ale jego działanie było dostatecznie nawilżające, bym mogła krem pominąć. Dlatego też najczęściej stosowałam go w sposób następujący: rano solo pod filtr, chyba, że skóra wyjątkowo brzydko się zachowywała i potrzebowałam mocnego, konkretnego nawilżenia. Zazwyczaj wtedy na VC lądował różowy ślimak Mizona i ten duet uzupełniał się rewelacyjnie. Potem wieczorem pod kremy, oleje, sleeping packi już jak każde typowe serum. I tu także spełniał swoje zadanie. 
Wracając jeszcze do opakowania; sapa pepitka była na tyle długa, że pozwalała niemal do końca wydobyć produkt z opakowania, a że takich opakowań miałam już trochę, to jest to dość istotne dla mnie. Niejednokrotnie, kiedy kosmetyk się kończył, musiałam odwracać butelkę i czekać, aż spłynie na dłoń. Tu praktycznie problemu nie było, może przy dwóch ostatnich użyciach.
Teraz sprawa najważniejsza, czyli działanie. Serum/krem wodny podobno ma rozjaśniać [choć byłam i jestem nieco sceptyczna, bo po co producent oferuje także typowo wybielającą wersję?] oraz zwężać pory. Ja jednak nie wymagałam bezdyskusyjnie ani jednego ani drugiego, aczkolwiek nie miałabym nic przeciwko takiemu działaniu, nie. Jednak, co mną kierowało, kiedy wrzucałam butelkę do koszyka to dobroczynne działanie witaminy c i głęboko w nią wierzę w przypadku tego produktu. Choć różnie to jest z jej stabilnością, oczywiście, różne osoby mają na tej płaszczyźnie własne przekonania i można by całe litanie pisać na ten temat. Mi jednak chodziło głownie o kompatybilność z flitem i produkt ten spełnił moje oczekiwania zupełnie. Ale, ale! oczywiście wspomnę o obietnicach producenta. W kwestii pierwszej nie zauważyłam mocnego odbarwienia plam, aczkolwiek, kiedy przyglądam się swojej twarzy w lustrze, faktycznie wydaje się jakby nieco jaśniejsza, ujednolicona. Jeśli jednak chodzi o obietnicę numer dwa, jest chyba nieco gorzej. Na pewno nie uświadczyłam jakiegoś wybitnego schowania porów, ale też, mimo wszystko, posiadaczką kraterów nie jestem, a i one same rządzą się swoimi prawami oraz kaprysami mojej cery, więc jednego dnia twarz wygląda przewspaniale, a drugiego, cóż… straszę. Na koniec wspomnę jeszcze o zapachu, który wprost uwielbiam. Cytrusowy, nie z tych chemicznych, świeży. Lubię to.
Reasumując; mimo nie do końca spełnionych obietnic producenta, z serum byłam szczerze zadowolona. A z pewnością z działania, jakiego wymagałam, używając w sposób, jaki planowałam. Czy polecam, to zależy, bo jeśli ktoś liczy na 100% efektów, może się jednak rozczarować, ale to też kwestia cery zapewne, a, jak wspomniałam, producent oferuje także serum rozjaśniające, więc to wybielanie odbierałabym z przymrużeniem oka. Ja być może wrócę do kosmetyku w okresie letnim, a to już coś oznacza ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz