menu

wtorek, 29 października 2013

Halloweenowy makijaż.


Halloween to zdecydowanie moje klimaty. Jak stwierdziłam dnia jednego, mój pokój ma lepsze wyposażenie, niż nie jedna halloweenowa dekoracja, a mojej playlisty nie powstydziłyby się najlepsze horrory ;) Całkiem niedawno usłyszałam miły komplement, iż wystrój moich pięciu ścian przywodzi na myśl cmentarz.
Dla mnie taki mrokness trwa cały rok! Dlatego nie mogłabym sobie odmówić makijażu, który świetnie nada się na  nadchodzącą okazję.
Postanowiłam przedstawić trzy kroki do coraz bardziej 'niepokojącego' looku.


I na koniec cała moja twarz :D



... oraz użyte kosmetyki:
oczy:
palety matów Glazel;
stuningowany pigment Kobo;
ulubione rzęsy połówki Etude house Side and long;
tusz L'oreal Volume million lashes

twarz:
podkład matte Everyday minerals [kolor przerobiony pod moją karnację];
róż Bourjois Rose pompon;
róż NYX Taoupe jako bronzer - nie żeby coś było widać ;)

usta:
masło jaśminowe Korres

brwi:
Etude house drawing eye brow










Czy wybieracie się na halloweenową imprezę?  
Jeśli tak, macie już opracowaną stylizację? Jaką?

niedziela, 27 października 2013

Ulubione produkty nude do ust.

Możliwe, że już o tym wspominałam; wybierając kosmetyki do ust sięgam zazwyczaj po kosmetyki cieliste bądź zwykłe pielęgnacyjne pomadki. A najlepiej, kiedy szminka łączy w sobie zarówno właściwości nawilżające jak i nadaje delikatny odcień.
Rzadko kiedy robię ustępstwa i decyduję się na odcienie morelowe/brzoskwiniowe, koralowe bądź krwistą czerwień z przewagą pigmentów ciepłych.
[kiedyś zrobiłam mały eksperyment, wymalowałam usta na fuksję i wyglądałam... hmm, jak trup?  topielec? :D  STRASZNIE.]
Jako posiadaczka cery jasnej, ziemisto-oliwkowej, wyglądam fatalnie w pomadkach w tonacji chłodnej. Wybierając odcień nude idealny dla mojej cery, stawiam na czysty, cieplejszy beż, czasem przełamany delikatnym różem. Aczkolwiek pastelowe róże są nie dla mnie. W dodatku odcień musi być naprawdę jasny, by faktycznie współgrał z moją karnacją. Nieco ciemniejsze pomadki całkowicie tracą na moich ustach cieliste wykończenie, kolorystyka zaczyna wręcz podchodzić pod brązy. Szczerze mówiąc, znaleźć takie produkty jest niezwykle trudno. Jednak kiedy mi się uda trafić na, wydawałoby się, dobrą partię, najczęściej  wykończenie takiej szminki przywodzi na myśl suchy, ciężki korektor... Do tej pory w takich sytuacjach pomagałam sobie pomadkami pielęgnacyjnymi, ale nie każdy produkt chciał współpracować, a i na dłuższą metę bywało to męczące.
Jednak od jakiegoś czasu z powodzeniem stosuję kilka kosmetyków i myślę, że zostaną ze mną na dłużej.


Żelowa pomadka Inglot nr 47 jest idealnym dla mnie jasnym beżem. Wykończenie także zachwyca, nie ma tu mowy o suchej konsystencji czy zbyt mocnym pigmencie. Nadaje kolor w sposób naturalny. Poza tym uwielbiam jej opakowanie. Metalowe, solidne, minimalistyczne. Jeśli ktoś planuje zakup cielistej szminki w Inglocie, zdecydowanie polecam tę serię, uważam że będzie lepszym wyborem niż ich klasyczna pomadka.
Masło jaśminowe Korres o wykończeniu bardzo subtelnym, delikatnym. Jego odcień jest już nieco złamany różem, ale nadal mieści się w moich kategoriach. Jest zdecydowanie mniej widoczne na ustach niż produkt Inglota, ale za to świetnie pielęgnuję skórę ust. W dodatku jest niesamowicie wydajne. Używam go raczej regularnie, a ubytek w słoiczku mam niewielki.
Na niekorzyść przemawia opakowanie, już lekko dłuższe paznokcie utrudniają wydobycie kosmetyku, w dodatku taka forma jest mniej higieniczna. Miałam jednak wersję w tubce i różnica była dla mnie znacząca, więc ostatecznie wolę się troszkę pomęczyć ;) 
Odżywka do ust 'Efekt powiększenia' Avon czyli mój ostatni zakup. W to powiększenie oczywiście nie wierzę i kompletnie mi na tym nie zależy. Decydując się na jej zakup kierowałam się właśnie odcieniem. I byłam świadoma subtelnych drobin, więc miałam nieco obaw przed pomalowaniem nią ust jako fanka totalnego matu. Na szczęście niesłusznie, bo kiedy nałożę niewiele kosmetyku, wykończenie jest w normie. Oczywiście nie uświadczyłam takich właściwościowi pielęgnacyjnych jak w produkcie Korres, ale pomadka również nie przesusza i nie daje suchego wykończenia. Opakowanie oczywiście starannie wykonane, trwałe, eleganckie.

Produkty utrzymują się przez zadowalającą ilość czasu, choć bez poprawek się nie obędzie. 

Reasumując; ze wszystkich trzech produktów jestem zadowolona i po nie właśnie sięgam najczęściej. Wyglądają naturalnie, nadają lekki odcień, nie ma jednak mowy o efekcie podkładu na ustach. Na chwilę obecną poszukiwania uznaję za zakończone, gdyż jestem usatysfakcjonowana powyższymi kosmetykami.

wtorek, 22 października 2013

Pędzle Hakuro.



I także ja uległam...

Pędzli mam naprawdę wiele, aż zbyt wiele, na tyle, że z ich ilości można by skompletować kilka całkiem sensownych zestawów. I jestem całkowicie poważna. 
Jednakże w moich zbiorach na próżno było szukać choćby jednej sztuki tych od Hakuro. Aż do teraz.
Od jakiegoś czasu kręciłam się koło marki coraz bardziej, szukałam recenzji, zdjęć, opinii. Po całkiem pokaźnej lekturze nie byłam jednak zdecydowana na zakup do końca, bo ilość moich zbiorów przytłacza :D
Ale nie miałam, spróbować chciałam, a i tak szykował się zakup pędzelka, którym będę mogła rozmazywać kredkę nad linią rzęs. Potem trafiłam na info o promocji na kosmetyki-mineralne.com. To jak przeznaczenie ;) Przeszukałam więc ponownie kwc, blogi kosmetyczne i ostatecznie zdecydowałam się na kilka polecanych sztuk. Przyznam ,ze miałam malutki problem miedzy wyborem trzech: H76, H78 i H80. Jak widać, kliknęłam ostatecznie dwa ostatnie.


Zakupiłam H77, H78, H79 i H80.

H77 to klasyczny pędzelek do blendowania. Ostatnio częściej sięgam po kolory [nadal ciemne i matowe], wiec za pewne się przyda. Jestem ciekawa, czy przebije mój ulubiony Revlona.

H78 w zasadzie wzięłam pod wpływem opinii; nie znalazłam jeszcze dla niego zastosowania. Jeśli to się nie zmieni, myślę, że będę nim rozcierać kredkę na ruchomej powiece.

H79, czyli kolejny do rozcierania, z tą różnicą, że ten model jest w zasadzie wielofunkcyjny i pozwoli na wykonanie całego makijaży oka [choć jak się uprzeć, da radę każdym innym ;) jak ja np nakładam cień, rozcieram i mieszam zwykłą, zbitą kulką do nanoszenia cienia w zewnętrznym kąciku]

H80, którym zamierzam rozmywać linię kredki nad rzęsami. Możliwe, że i dolną powiekę będę nim traktować.


Do całości dorzuciłam także refilla podkładu Pixie, bo sklep wciąż miał na stanie 'mój' kolor. A osoby interesujące się firmą zapewne wiedzą, jak się sprawy mają ;)

Z zakupów jestem oczywiście zadowolona [a jakże by inaczej!]. Mam nadzieję, że entuzjazm się nie wypali w trakcie sięgania po pędzle.

niedziela, 20 października 2013

Sesja - makijaż :)

I oto kolejna sesja zrodzona we współpracy z Moniką.

Zdjęcia: Monika Cegieła
Modelka: IzaBella Bysiak
Makijaż oczywiście wykonany przeze mnie :)





Muszę koniecznie kupić naprawdę cieniutki pędzelek do eyelinera, bo z tym, co posiadam, to prawdziwa tortura. 
A po co dobie utrudniać? ;)

czwartek, 17 października 2013

Baviphat peach all in one peeling gel

Tak, tak. Znowu azjatycko. Na razie po raz ostatni, obiecuję :D
Nie mniej jednak zapraszam do lektury.

Peach all in one peeling gel to jeden z tych kosmetyków, które uwielbiam, krótko mówiąc peelingi bezdrobinowe. Ten z Baviphat był już kolejnym w moich zasobach, także tło porównawcze mam.
Sam produkt mieście się w dość typowym dla azjatyckiego rynku opakowaniu, z założenia przypominającym brzoskwinię, ale naczytałam się i nasłuchałam nieco innych skojarzeń ;) Ja pozostawię bez komentarza, bo akurat nie jest to dla mnie kwestią najistotniejszą.
Opakowanie z jednej strony praktyczne, bo, w odróżnieniu do tubek, pozwala na całkowite zużycie kosmetyku, z drugiej jednak strony może być nieco kłopotliwe i mało higieniczne. Poza tym, zajmuje sporo miejsca na półce i jeśli mamy tylko jedno takie słodkie pudełeczko, to nie problem, gorzej, kiedy zalegają nam dwa, trzy czy siedem.
Konsystencja raczej typowa dla tego rodzaju produkty, trochę galaretowata, zdarzało mi się, że w trakcie nakładania na twarz cześć kosmetyku zleciała ze skóry, tym samym się marnował. Tu niestety produkt przegrywa choćby z jabłkiem Tonymoly, które przypominało krem. Baviphat potrafił także zabrudzić umywalkę.
Zapach zaliczam do przyjemnych, choć nie do końca naturalnych. Ale na plus.
Samo działanie jak najbardziej zadowalające, myślę, ze zadziałał lepiej, niż wspomniane jabłko, ale i cena niemal dwukrotnie wyższa. Skóra po użyciu produktu Baviphat pozostawała oczyszczona, wygładzona, nawilżona, praktycznie bez suchych miejsc, jednocześnie bez podrażnień. 
Jednak nie jestem pewna, czy ponowię zakup. Prawdopodobnie byłabym skłonna wrócić do Appletoxa, a jeśli o podobną półkę cenową chodzi, myślę, że będę szukać dalej. Za bardzo lubię testować nowe kosmetyki, a tych na azjatyckim rynku nie brakuje ;)
Nie mniej jednak produkt polecam.

wtorek, 15 października 2013

Współpraca - wizaż. Efekty.

Wczoraj miałam przyjemność współpracować przy sesji zdjęciowej. Zdjęcia utrzymane są w klimatach militarnych. Coś co lubię :)
Klaudia, którą widzicie poniżej, ma tak idealną cerę, że aż szkoda było traktować ją podkładem, dlatego zdecydowałam ostatecznie rozcieńczyć kosmetyk bazą nawilżającą Make up aterlier. 


Zdjęcia wykonała Monika Cegieła, modelką była Klaudia Dziółko.
Oto efekty:






niedziela, 13 października 2013

Kilka nabytków z tygodnia.

Tym razem nie poszalałam jakoś specjalnie, ale tym lepiej dla mnie. W końcu narzuciłam sobie przystopowanie z zakupami ;) Jakimikolwiek. Mam za dużo wszystkiego, więc pora czasem przypomnieć sobie, że jest taka fajna sprawa, jak zdrowy rozsądek. Ale nie przynudzając...
Już od bardzo, bardzo dawna nie zamawiałam niczego od Avon, a że poszukiwałam granatowej kredki, postanowiłam zakupić właśnie z tej firmy. Mam wielbioną Supershock, miałam diamentową, która była naprawdę dobra, ale miała drobiny... Zobaczymy, jak ta się sprawdzi. Dorzuciłam do zamówienia również pomadkę, która wg producenta ma powiększać usta i takie tam bajki, ale mi na tym kompletnie nie zależy, natomiast podoba mi się wykończenie [o ile nie zaaplikuję zbyt wiele kosmetyku...]. Jest jasne, delikatne, naturalne. Czyli wszystko, co sobie cenię. A pomadek nigdy dość.
Powoli wykańczam zapas szamponów Yves rocher. Nie chciałam jednak kupować kosmetyku zapobiegającego wypadaniu włosów, bo dla mnie w przypadku szamponu mija się to z celem. Tego jestem ciekawa ze względu na opis. Tak jakby wszystko, co chciałabym dać moim włosom. Jednak jeśli nie wysuszy ich i nie splącze, to już będę zadowolona. Niestety, większość szamponów, po które sięgałam od dłuższego czasu była ziołowa, tym samym nie trudno było o takie zabawy. A odżywka... Cóż, opinie za wizażu mówią same za siebie.
Niedługo wykończę mój żelowy eyeliner i szczerze mówiąc, nastawiałam się raczej na zakup azjatycki. Oczywiście mam świadomość kultu Maybelline, ale chciałam wypróbować, jakie to cuda wyszły od koreańskich brandów. Zwarta i gotowa wertowałam fora, blogi i inne internety, aby trafić dnia jednego tego tygodnia do drogerii. Look na półkę, ale nie, wcale go nie kupię. Ale stał tam taki samotny, jedyny... Toż to była sugestia sił wyższych, nie. I ze mną teraz jest i mi oto służy.
I masło. Bo maseł jak dotąd nie miałam. Nigdy. Serio. Zobaczymy, co wyniknie z tej diabelskiej ciekawości.
Ogólnie szykuje się parę zmian w pielęgnacji. Głównie cery, ale i włosom się dostanie. Jestem z siebie dumna, albowiem idę za ciosem; zużywam wszystko, co planowałam.

piątek, 11 października 2013

Prosta, dzienna kreska.


Przez długi czas byłam wierna klasycznej kresce wykonanej eyelinerem. Z czasem zaczęłam ją modyfikować, bawić się formą i kształtem. Potem odnalazłam się w dość delikatnym smokey eyes, choć wciąż utrzymywanym w czerni.
Jednak jakiś czas temu porzuciłam wyrazisty, ciemny makijaż i do podkreślenia oka wybierałam głównie szarości.
Czasem jednak lubię wrócić do korzeni i stawiam na kreskę. Jednak coraz rzadziej decyduję się na eyeliner; polubiłam bowiem zwykła kredkę i cień.
Tym razem zdecydowałam się na graficzną linię na górnej powiece i delikatne rozmycie powieki dolnej - wykonane gąbeczką, która zakańcza kredkę.
Makijaż szybki, łatwy w wykonaniu i zdecydowanie na dzień. Przynajmniej jeśli o mnie chodzi ;)

*jakość znów fatalna, przepraszam, nie wiem naprawdę, dlaczego tak bardzo niszczy mi zajęcia. Próbowałam obrabiać w rożnych programach i nadal nie jest dobrze*

wtorek, 8 października 2013

Tonymoly lemon seed cleansing oil.

Kolejne azjatyckie zużycie. Tym razem moja ulubiona forma oczyszczania.
Mam ogromną słabość do wszelkich olei pod każda postacią, stosowanych na rożne sposoby. Kiedy wiec zdecydowałam się na zakup olejku oczyszczającego do twarzy, nie mogłam sie nie zakochać. Od tamtego momentu przewinęło się przez moje półki wiele rozmaitych preparatów, a ja sama wiem, że zostaną ze mną na zawsze. Po prostu nie wyobrażam sobie mojej codziennej pielęgnacji bez olejku myjącego.
Jako po jednym z moich ulubionych typów kosmetyków, po oleju Tonymoly spodziewałam się wiele. Czy spełnił moje oczekiwania? Hmm. I tak i nie.
Co więc przemawia na plus? Na pewno sama forma. Olej prawidłowo współpracuje z woda, rozpuszcza makijaż [czy z wodoodpornym sobie powadzi, tego nie wiem, bo nie stosuję tego typu kosmetyków], dobrze się zmywa, nie pozostawiając tłustej warstwy a jednocześnie skóra jest miękka i nawilżona, nie ma mowy o wysuszeniu. Również samo opakowanie z pompką jest świetnym pomysłem, zdecydowanie wygodniejszym niż butelka, jaką oferuje Biochemia urody wraz ze swoim olejkiem. Czyli, teoretycznie, zadanie spełnione.
Co więc mam Tonymoly do zarzucenia? Przede wszytkom zapach. Zapach olejku jest cytrynowy, owszem, ale mowa tu o tej pozyskanej w sposób chemiczny, baaaardzo chemiczny. substancje zapachowy pasowałyby bardzie do środków chemicznych do czyszczenia łazienki niż do olejku do oczyszczania cery. Nie muszę wiec wspominać o tych wszystkich kwiatkach w kładzie, wiec zapewne fanki naturalnej pielęgnacji pokręcą nosem. Poza tym cena też nie zachęca [kilkanaście dolarów]. Zdaję sobie sprawę, że na rynku azjatyckich można znaleźć o wiele droższe marki, ale wiem też, że da się tańszym i bardziej naturalnym sposobem. Dlatego ostatecznie mogę napisać, że olejek Tonymoly był raczej przyjemną odskocznią w mojej kosmetyczce, aczkolwiek nie ponowię zakupu i pozostanę wierna samodzielnie ukręcanym preparatom. W końcu to żadna filozofia dobrać ulubiony olej, dodać emulgator i witaminę e; olejki eteryczne opcjonalnie ;)




*Nie bardzo rozumiem dlaczego zdjęcia przesyłane na blogspota z mojego dysku są w tak fatalnej jakości... Ba, żeby to o jakość chodziło.. One wyglądają kompletnie inaczej! To już kolejny taki przypadek, kiedy to, co zamieszczam w poście tak szalenie odbiega od rzeczywistego efektu. Zdjęcia, które posiadam na swoim komputerze są jaśniejsze, często z mniejszym lub większym kontrastem/nasyceniem. Nie mam pomysłu, co powoduje taki stan rzeczy, ale zaczyna mnie to irytować... *

piątek, 4 października 2013

Na początku tygodnia otrzymałam próbki podkładów Everyday minerals. Zdecydowałam się na pięć kolorów w formule semi matte, wrzuciłam także klasyczną, matową, sztuk dwie. Jak kiedyś wspomniałam, szukam produktu, który zapewni mi lekkie, satynowe wykończenie, efekt zdrowej, rozświetlonej cery, jednocześnie bez nachalnego blasku i widocznych drobin. Przy tym nie podkreślając porów i utrzymując sebum pod kontrolą.
Na dzień dzisiejszy jestem po jednym użyciu semi matte. Czy spełnił moje oczekiwania? Nie do końca... Owszem, po nałożeniu podkładu na twarz, uzyskałam ładnie rozpromienioną, wypoczętą cerę, z delikatną, subtelną poświatą, jednak po wyjściu z domu w niedługim czasie twarzy była po prostu przetłuszczona. W tej kwestii produkt mnie zawiódł. Ale ale! Nie skreślam go, o nie, wypróbuję rożne warianty, przy użyciu rożnych primerów, na rożne kremy. Poza tym jestem w trakcie zużywania próbek i kiedy sięgałam po EDM, twarz posmarowałam jakimś randomowym kremem. Mam też koncepcję, aby, na początek, zmieszać semi matte z formuła matową po połowie, potem ewentualnie manipulować proporcjami, aby zachować jeszcze owy efekt i jednocześnie utrzymać mat na dłużej. Dodam, że wersja matte bardzo mi służy; moja cera wygląda w niej bardzo dobrze i jest to jeden z moich sprawdzonych wariantów, kiedy nie mogę pozwolić sobie na eksperymenty.

środa, 2 października 2013

Plany/zmiany/odbudowa włosów.

Coś o pielęgnacji...
Na chwilę obecną jestem w trakcie zużyć zalegających próbek/resztek. Idzie mi to raczej sprawnie, toteż czynię nowe postanowienia i ustalam program działania. Dobijam dna maski Queen Helene, mam też za sobą pierwsze użycie glinki marokańskiej. Także sukcesywnie smaruję twarz Tomatoxem Tony moly. Sięgam dwa razy dziennie po serum It's skin WH effector. Powoli kończę Skinfood platinum grape cell white essence. Odstawiłam filtr Neutrogeny Ultra sheer na rzecz Skin79 White reviving. Dlaczego? O tym napisze niebawem.
Na chwilę obecną, kiedy zużyję glinkę i maskę QH, zamierzam zaznajomić się z glinką błękitną, Multani mati oraz Zamian gold cacao. Zapewne nie wszystko na raz, więc trzeba się będzie zdecydować ;) Poza tym prawdopodobnie zrezygnuję z jednego glinkowania na rzecz częstszego używania Tomatoxa. Szybciej zużyję a i może efekt będzie lepszy. Maska ta jest niesamowicie wydajna i ciągle sporo mi do dna brakuje. Powoli kończę także peeling enzymatyczny Apis oraz krem pod oczy Mizon.
Planuję także wprowadzić do pielęgnacji Dual effect sleeping pack od Tony moly. Nie wiem jeszcze, jak zaplanować wieczorną pielęgnację z jego użyciem, ale mam trochę czasu, aby się zastanowić. Nie chcę jednak przesadzać z ilością kosmetyków, bo wieloetapowa pielęgnacja niekoniecznie służy mojej cerze. Aczkolwiek dwa, trzy kosmetyki na noc są optymalne i chyba to najlepsza ilość dla mnie.
I znowu głównie azjatycko. Muszę mieć jednak na uwadze, że niedługo sięgnę po kwasy, więc z pewnością plany ulegną redukcji.

Nieco o włosach...
Jakiś czas temu pisałam na blogu o nowej kuracji, które sobie ustaliłam. Miałam jednak obawy, jak to odbije się na stanie moich włosów, bo udało mi się zahamować wypadanie. Nie wiedziałam, jak organizm zareaguje na nowości, czy stan się nie pogorszy. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
Wybrałam opakowanie Sufrinu, teraz sięgam po kolejne. Na dzień dzisiejszy planuję jeszcze co najmniej jedno. Rozważam włączenie krzemu, ale poczekam jeszcze. Może zastąpię nim drożdże. Skończyłam odżywkę Dr duda, zaczynam przygodę z Waxem. Staram się raz w tygodniu nakładać indyjskie zioła, które zaprezentowałam przy okazji posta o indyjskich zakupach kosmetycznych. Wciąż jeszcze mam olej łopianowy i nie mam pojęcia, kiedy uda mi się do zużyć.
Chcę porzucić szampony zapobiegające wypadaniu włosów, gdyż nie sadzę, by tak naprawdę miały na to jakiś wpływ, zważając na długość kontaktu ze skórą głowy. Planuję tylko sięgać po mydełko Sesa i pozostawiać je choćby na kilkanaście minut.
Szukam aktualnie jakiegoś delikatnego, naturalnego szamponu bez silnych detergentów, który nie obciąży moich wciąż cienkich włosów i nie oblepi włosów silikonami, ale i nie wysuszy przesadną ilością ekstraktów ziołowych. To też przyczyniło się do utraty włosów, kiedy to strasznie się plątały podczas mycia, a ja starałam się rozczesać palcami kołtun.
W niedzielę podcięłam włosy o jakiś 3-4cm. Przy mojej obecnej długości to wcale nie za wiele, na pewno więcej niż ścięcie samych końcówek. Jednak różnica jest dość odczuwalna, bo zyskały na objętości, a najdłuższe końce nie wiszą już smętnie [i samotnie...].
Wciąż doszukuję się nowych baby hair, mam już ich kilka warstw o rożnej długości, ale nadal nie odczuwam tego na objętości :( Dlatego planuję za jakiś czas ponowne pocięcie włosów, aby powoli pokrywały się z odrostem.
Na razie nie powinnam chyba narzekać, bo i tak sporo wygrałam w tej walce. Czekam ze zniecierpliwieniem na dzień, kiedy ilość moich włosów zauważalnie się zwiększy. Wiem, że to nierówna wojna i to nie takie proste odbudować to, co straciłam. Mam nadzieję, że zmiana endokrynologa nieco wyprowadzi mnie na prostą.