menu

wtorek, 26 listopada 2013

Mini haul. Bardzo mini ;)

...czyli jak [nie] uległam promocyjnym pokusom.
Twarda ze mnie babka, wytrzymuję z postanowieniu by nie gromadzić kosmetyków :D Mogłabym rzec nawet, że stąpałam wręcz obojętnie obok tych wszystkich półek. I kupiłam tylko to, co planowałam. Niczym portfela nie zaskoczyłam ;) Chociaż w planach był tusz L'oreal false lash wings, przed wycieczką do Rossmanna udałam się do Marionnaud i jakoś tak wyszło, że zdecydowałam się na tusz Make up factory. Bo zaintrygowała mnie szczoteczka. I nie miałam jak dotąd styczności z marką.
I ostatecznie, kiedy dotarłam do celu, w koszyku wylądował samotnie Color Tattoo Maybelline w kolorze Permanent taupe; z myślą o brwiach.

Na chwilę obecna naprawdę niczego nie potrzebuję, ale kto tam wie, co los przyniesie. Na razie pozbywam się/zużywam sukcesywnie to, co mam w zbiorach, wiec miejsca przybywa. Hmm, przede mną jeszcze DDD.

Jako bonus makijaż wykonany całkiem niedawno. Jakoś polubiłam się z czerwonym pigmentem. Niestety, jakoś brzydka, bo zdjęcie wykonane aparatem w telefonie; nie było w domu cyfrówki. Choć i jej parametry poddam w wątpliwość ;)

piątek, 22 listopada 2013

Nowe produkty w pielęganji włosów.


Zapewne osoby odwiedzające mój blog natknęły się na posty, w których wspominałam o walce o włosy. Od ponad trzech lat trwa nieustanna bitwa o odbudowę i zahamowanie wypadania. W zasadzie utratę włosów udało mi się mniej więcej podtrzymać, niestety nie całkowicie, ale są to teraz naprawdę niewielkie ilości w porównaniu z tym, co było. Od mniej więcej roku zauważam także regularny przyrost baby hair, są to różne długości, kilka partii na chwilę obecną. A że włosy rosną mi naprawdę szybko, dziwi mnie jeden fakt: w ogóle nie odczuwam zwiększenia objętości włosów. W dodatku jako posiadaczka włosów grubych i gęstych z natury, nie mogę pojąć, czemu to, co odrasta jest tak cienkie i delikatne. Wiem, że takie problemy są poważne, a leczenie i choć częściowy powrót do pierwotnego stanu wymaga wiele czasu i cierpliwości, ale kiedy trwa to tak długo, czasem łapie totalna rezygnacja.

Przez okres leczenia stosowałam już wiele rożnych, kilkumiesięcznych kuracji. Z rożnym skutkiem.
Ostatecznie jednak postanowiłam pożegnać wszelkie szampony zapobiegające wypadaniu, bo wątpię, aby taki kosmetyk załatwił sprawę. Poza tym najczęściej mocno ziołowe specyfiki bardzo plątały i wysuszały mi włosy. Zdecydowałam się na zakup przypadkowego szamponu; w ręce wpadł mi Garnier. Natomiast w nowy plan pielęgnacyjny włączyłam wreszcie mydełko Sesa. Pianę trzymam średnio kilkanaście minut, po czym spłukuję i nakładam jakąś odżywkę na same końce. Jestem zaskoczona, że mydło potrafi tak przyjemnie nawilżyć włosy ;)
Zakupiłam także placentę, w której pokładam nadzieję na zwiększenie ilości baby hair. Jest chyba ostatnią deska ratunku, dalej nie bardzo wiem, po co jeszcze mogłabym sięgnąć...
Lada chwila skończę waxa; z przyjemnością wracam do drożdżowej maski Agafii.
Jakiś czas temu zakończyłam także drożdżową kurację od środka. Kilka dni temu wzięłam ostatnią tabletkę biotebalu i na to miejsce wybrałam krzem. Ponadto łykam cynk, sufrin oraz wapno, chociażby dlatego, że bardzo ładnie wzmocnił mi paznokcie.
Nadal liczę na poprawę, mam nadzieję, że te zmiany pobudzą organizm do regeneracji. Poza tym jestem szalenie zadowolona, że zdecydowałam się na dość radykalne ścięcie włosów. Wydaje się, że jest ich zdecydowanie więcej, nie plączą się, nie przeszkadzają, choć nadal nie są zbyt krótkie. Taka fryzura jest naprawdę wygodna.

niedziela, 17 listopada 2013

Trochę pielęgnacyjnych nowości.

...tak, po raz kolejny ;) Tego typu kosmetyków jakoś u mnie nigdy dość.
Ale faktem jest, że sporo zużyłam, więc mogłam pozwolić sobie na te drobne zakupy.
Moje pierwsze nabytki od Marizy - masełka do ciała. Bardzo żałuję, że nie mam stacjonarnie dostępu do firmy lub nie znam [a przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo ;) ] konsultantki. Nadal nie jest to na tyle popularna firma, wiec mimo, iż na produkty miałam ochotę już naprawdę długo, długo czas, to zanim zebrałam się do zamówienia, minęło trochę.
Mam nadzieję, że masła przekonają mnie do kolejnych testów. Już teraz mam na oku maskę nawilżającą do twarzy.

Krem z kwasami AHA i PHA Bielenda professional, czyli sezon kwasowy pełną parą. Jestem tuż tuż od wykończenia wybielającego sleeping packu Tonymoly, wiec tylko patrzeć, jak rozpocznę moją kwasową kurację. Cera od lata jest mocno zanieczyszczona [hurra wysokie filtry! ] i nijak udaje mi się ją wyprowadzić na prostą, więc to chyba ostatnia nadzieja.

Jak kwasy to i w moim przypadku, niestety, krem, który załagodzi ich skutki i uspokoi nieco cerę. Wybór padł na Jadwigę, bo opinie dobre, cena przyjemna dla portfela + sklep, w którym robiłam zakupy miał go w ofercie. W przyszłości planuję Tołpę Rosacal.

Hydrolaty;
miętowy - w zasadzie nie mam co do niego większego polmysłu, może jakieś serum, może jako dodatek, może wypróbuję jako alternatywę dla wody termalnej przy nakładaniu minerałów. Ale byłam ciekawa jego działania;
rumiankowy - planuję ukręcić na jego podstawie tonik z kwasem kojowym. Może nawet na początku tygodnia najdzie mnie wena na tworzenie biochemii;
różany - czyli wielbiony hydrolat. Moja kolejna butelka mieszana z maskami glinkowymi. Cudownie współgra z niejednokrotnie wysuszającym i ściągającym działaniem ukochanych maseczek. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby go zabraknąć na mojej półce, dlatego, kiedy obecny dobijał dna, musiałam kliknąć następny; od niego wszystko się zaczęło ;)

Jakiś czas temu znacznie okroiłam ilość produktów, które kładę na twarz. Co m nie skłoniło - pogorszenie stanu cery. Nie jest co prawda gorzej niż było, mogłabym rzec, że widać poprawę, ale może właśnie dlatego, że wieloetapowa pielęgnacja na dłuższą metę się u mnie nie sprawdziła. Teraz miałam pewne obawy, że denkowanie ulegnie załamaniu, wypadnę z rytmu i kosmetyki będą zalegać na pólkach, a wiele otwartych opakowań nie zdołam zużyć w optymalnym czasie, ale wszystko jest w porządku. Sięgam także systematycznie po maseczki, dzięki czemu pomidor od Tonymoly zaczyna witać dno. W jego miejsce wskoczy rice mask Skinfood; jak widać nadal mam w zapasach azjatyki. Rozważam także zakup jakiegoś nawilżającego azjatyckiego toniku, który z naszymi europejskimi tonikami wiele wspólnego nie ma. Chcę trochę dać cerze odpocząć, więc widziałabym go w zastępstwie kremu. Zamierzam nieco poeksperymentować i odpuszczać sobie czasem takie produkty, jednak wizja braku jakiegokolwiek nawilżenia przyprawia mnie o zgrozę. Jak dobrze, że istnieją sample!

czwartek, 14 listopada 2013

Paleta matów Glazel.

Tak, post miał być dobre kilka dni temu, jeszcze w zeszłym tygodniu, niestety jednak nie miałam dostępu do internetu i wyszło jak wyszło, za co przepraszam. 
Nie mniej jednak, zgodnie z zapowiedzią zapraszam do zapoznania się z moją wersją szóstki od Glazel. 
Posiadam jeszcze jedną i tak pokochałam ich cienie, że skomponowałam sobie ponownie.

Wybrałam kolory idealne na jesień, aczkolwiek nie tym się kierowałam w wyborze... Nie będę ukrywać, że starałam się nieco odwzorować świetną kolorystykę palety [moich ulubionych kolorów...] Darks Sleeka, na którą obraziłam się dożywotnio. Ja osobiście widzę ogromną różnicę w jakości, nie trudno się domyśleć, że na korzyść Glazel.

Odcienie, jakie skrywa moja paleta to kolejno:
S42 - średni, brudny róż. Rewelacyjna pigmentacja.
H8 - ciemna czerwień wchodząca w bordo. Pigmentacja jeszcze lepsza, niż wyżej wymienionego cienia.
H11 - śliwka, również cudownie napigmentowana.
317 - butelkowa zieleń, nieco słabsza pigmentacja niż w poprzednich cieniach.
H20 - chłodna, lekko szmaragdowa zieleń. Zdecydowanie perełka w całej palecie! Tak mocnego pigmentu nie miałam w żadnym cieniu. A kolor... wspaniały.
323 - najsłabszy cień z całej palety pod względem pigmentu, ale ja osobiście uważam to za zaletę, bo jest to cień idealny do cieniowania i łączenia z innymi odcieniami. Ogólnie bardzo, bardzo nie lubię brązów, ale ten jest naprawdę śliczny. Średniej tonacji, chłodny, przełamany szarością, cudownie się komponuje z resztą palety.

Cienie są dobrze zmielone, choć jak to w przypadku matów bywa, warto uważać na osypywanie, szczególnie przy takiej pigmentacji. Średnica jest naprawdę duża, cienie wystarczyłyby mi chyba na całe życie. Wszystkie kolory, prócz 323 są całkowicie matowe, ten jeden zawiera maleńkie drobinki, jednak całkowicie niewidoczne na skórze, nie ma mowy o perłowym wykończeniu. Sama paleta jest solidna, zamknięcie porządne, nie otwiera się samoistnie, ale też dostanie się da cieni nie stanowi większego problemu, więc raczej paznokci nie połamiemy ;) Tworzywo niestety nie jest całkiem odporne na zarysowania i widać na nim ślady palców, ale dla mnie to nie ma większego znaczenia.
Otrzymałam od Glazel cudowny grawer z moim nickiem ♥ Moje ego rośnie... Tym bardziej jestem zadowolona, że palety mi się nie mylą :)


Z palety, jak i kolorów jestem niesamowicie zadowolona. Z pewnością, gdybym potrzebowała więcej odcieni, wiedziałabym, gdzie się udać ;) Na razie jednak moja skromna kolekcja zdecydowanie mi wystarcza. W przyszłości planuję obfotografować mój drugi zestaw.

Dostałam także jako gratis niebieski pigment. Poprzednim razem firma także o mnie pomyślała ;)

Dodam także, że kontakt z firmą jest naprawdę dobry, konsultant chętnie odpowiada na wszelkie pytania, nie musiałam długo czekać na odpowiedzi.
Dodam, że mogli mieć mnie dość ze względu na masę pytań, ale widocznie pracują tak osoby baaardzo cierpliwe ;)

Oczywiście cienie polecam, nie tylko kolory, które sama wybrałam, bo poprzednia także spełnia moje oczkowania całkowicie, ale ponowny zakup mówi sam za siebie.

wtorek, 5 listopada 2013

Zapowiedź + trzy szybkie makijaże.

Już w następnym poście...




Oraz trzy wydania makijażu oka, wszystkie w kolorach. Dla mnie to naprawę 'coś' ;) Rzadko kiedy sięgam po coś innego niż czerń. W mojej palecie można znaleźć w zasadzie jeszcze tylko granat :D I burgund, bordo, czerwień... Przy tych ostatnich moja tęczówka nabiera chłodnego, lekko czerwonawego odcienia. Ciekawa zależność i lubię z niej korzystać.

niedziela, 3 listopada 2013

Następne 'twarzowe' zużycia.

Jak widać zużywanie kosmetyków wciąż mam całkiem zadowalające. Co więcej, realizuję własne plany w sposób satysfakcjonujący. Oto, co w ostatnim czasie udało mi się doprowadzić do końca.

A teraz następcy, czyli nowe pielęgnacyjne plany.

Peeling enzymatyczny Organic shop - na razie użyłam jeden raz i jest bardzo pozytywnie :) Jest łagodny, nie podrażnia, wygładza, skóra jest miękka i nawilżona. I ślicznie pachnie.

Savon noir - większości pewnie doskonale znany. Używam wieczorem wtedy, kiedy się maluję, aby dobrze oczyścić twarz. Wzięłam się za jego zdenkowanie, bo jest ze mną już jakiś czas, a ostatnio sięgałam jedynie po olejek myjący.

Pianka Alverde do skóry wrażliwej. Tutaj podobnie, jak w przypadku czarnego mydła, zalegała, wiec chcę ją zużyć. Ale mogę napisać, że działanie bardzo mnie zadowala. Jako, że wybierałam zazwyczaj oleje, a żele do twarzy kompletnie mi się służą [uczucie ściągania, miliardy suchych skórek...], miałam pewne obawy co do jej stosowania. Ale sprawdza się bardzo dobrze. Nie wysusza kompletnie, nie ma mowy o suchych miejscach, choć też zostawia twarz po prostu oczyszczoną, raczej bez większego nawilżenia.

Crystal peeling gel Skin79 czyli typowy azjatycki peeling. I kolejny już na mojej półce.

Gold cacao pack Zamian - maseczka azjatycka; pachnie i wygląda jak czekolada [nutella, cokolwiek ;) ]. Już samą przyjemnością używania jest jej zapach, o tak.

Jak widać jedną nogą wciąż stąpam w azjatyckiej pielęgnacji, ale powoli wychodzę z tony zapasów. Na dniach zdenkowałam krem kolagenowy pod oczy Mizona i szczerze mówiąc, nic specjalnego nie zrobił. Krem jak krem. Nie podrażnił, nawilżał, ale tyłka nie urywa...

Na zdjęciach nie pojawiła się błękitna glinka, w której trakcie używania jestem oraz krem Tialo. W przypadku tego ostatniego chcę napisać, że jestem wprost zachwycona. Nie używam go jak na radzie zbyt długo, a efekty są rewelacyjne! Jestem pod ogromnym wrażeniem.