menu

wtorek, 23 września 2014

Moje dziewicze łupy.

Po [kolejnej...] długiej nieobecności witam ponownie i zapraszam na posta, w którym przybliżę moje pierwsze nabytki.

W zasadzie tylko w jednym przypadku był to całkowicie przemyślany, planowany w jakiejś tam przyszłości zakup. Reszta wpadła... bo tak; bo ciekawość, bo okazja. Ah! bo potrzeba nagląca.

Na pierwszy ogień idą dwa peelingi miniatury Korres. Jak na razie miałam okazję zapominać się jedynie z masłem do ust. Moja skromna kolekcja powiększyła się o odżywkę w sprayu, o której wspomnę za jakiś czas oraz powyższe maleństwa.
Wild rose  exfoliating cleanser zaciekawił mnie głównie ze względu na świetne recenzje, a skoro miałam okazję zapoznać się z mniejsza wersja, czemu nie? Tym bardziej, że drobinowe zdzieraki to jednak nie moja bajka. Ale skoro już testy, to chociaż w jakieś przyzwoitej, bardziej ludzkiej ilości, tym samym kosmetyczne zasoby zostały doładowane o dwie niepozorne tubki.

Mac Tenderling uwiódł mnie od pierwszego wejrzenia i tym samym zapadła ostateczna decyzja - w końcu i ja zostałam posiadaczką kosmetyku od MACa. To właśnie ta pozycja, do której zakupu czaiłam się niezmiernie długo. Nie ukrywam, że główną przeszkodą był w zasadzie zerowy dostęp do ekspozycji, gdyż w moim mieście rodzinnym salonu nam poskąpili. A ja kolorówkę muszę jednak zmacać osobiście. Wybór padł na odcień taki a nie inny, gdyż umyśliłam sobie, że wybiorę coś, co zastąpi mi zarówno jasny, chłodny róż jak i neutralny, matowy bronzer. To był strzał w dziesiątkę i moja intuicja nie zawiodła.

Real Techniques blush brush bo skoro szczęśliwie weszłam w posiadanie nowej kolorówki, to trzeba teraz zorganizować jej jakieś oporządzenie. A że kupowanie pędzli to sama przyjemność, jakżebym mogła się jej oprzeć? Druga sprawa, że z syntetykami się niezmiernie lubię. Wiem, że wiele dziewczyn stawia jednak na włosie naturalne, mi to tak naprawdę obojętne, jeśli wiem, że dany pędzle powinien spełnić moje oczekiwania. Nie mniej jednak syntetyków używa mi się szczególnie dobrze.
Jeszcze jedna prawa; zauważyłam dziwną przypadłość wśród RT, szczególnie jeśli chodzi o ten model pędzla - niektóre z nich są mocniej, inne słabiej wyprofilowane. Ja, całe szczęście, trafiłam na idealne jajko :D Używa mi się go bardzo dobrze i naprawę świetnie się spisuje przy aplikacji macoweogo różu.

Elizabeth Arden Green Tea Honeysuckle. Klasyczną zieloną herbatę pokochałam od chwili, kiedy dane mi było się z nią zapoznać, a było to wieki temu - w podstawówce ;) Ta, kolejna już odsłona, szczególnie przypadła mi do gustu, podobnie jak tegoroczna Yuzu, która nota bene czeka cierpliwie z Polsce na wysyłkę. Tak więc kiedy mym oczom ukazała się przyjemna, szczególnie w stosunku do pojemności cena, zastanawiałam się tylko przez chwilę :D
Zapachy bardzo przyjemnie, dla mnie nie tylko na lato.

Ostatni bohater dzisiejszego postu - filtr Neutrogena z funciaka. Za funta, tak; dry touch, SPF45. Więcej tłumaczyć nie trzeba ;)

sobota, 23 sierpnia 2014

Moje ulubione woski YC.



Temat pewnie większości znany; przez jednych nadal spotyka się z aprobacją, inni zapewne maja już przesyt.
Ja od kiedy pamiętam bardzo chętnie sięgałam po zapachy do pomieszczeń - jeszcze jako dziecko kupowałam czasem olejki eteryczne, zanim to w ogóle było na topie. Przyjemne, delikatne, orzeźwiające zapachy idealne na wiosnę i lato zdecydowanie częściej można było wyczuć w moim pokoju niż te typowe zimową porą, korzenne aromaty. Nawet w chłodniejszym sezonie stawiam na lżejsze nuty.

Nie wiem, czy tylko ja tak odbieram część z wariantów oferowanych przez YC, ale kiedy sięgam w sklepie po kojoną talarkę, zwłaszcza z tych zimowych/świątecznych kolekcji, poddaję pod wątpliwość ich różnorodność zapachową. W większości wyczuwam jedną, typową nutę, często spotykaną także w tych wakacyjnych woskach. Dlatego z tym większą uwagą kompletuję własną kolekcję i ostatecznie niewiele zapachów jest w stanie uwieść moje zmysły.
Wyżej przedstawione sztuki w moim mniemaniu są całkowicie rozbieżne, unikalne, każdy wyjątkowy i bardzo 'mój'. Od pierwszych chwil i dziewiczego jeszcze delikatnego zapachu wyczuwanego przez folię wiedziałem, że to właśnie to, czego szukam. Wrażenie to nadal towarzyszyło mi, kiedy wosk topniał. A kiedy ostatnie nuty nieknęły w powietrzu, miałam ochotę ukruszyć kolejne kawałki.

Nie będę tu cytować opisu zapachów, bo tak naprawdę ważniejsze jest wrażenie, jakie otrzymują nasze zmysły. Ponadto każdy odbiera zapachy inaczej, każdy ma własne preferencje. Jedni je polubią, inni wręcz odwrotnie. Dla mnie jednak są to warianty, do których z przyjemnością powrócę przy kolejnej okazji.

sobota, 2 sierpnia 2014

Ostatnie polskie zdobycze.

...czyli nieco sentymentalnie. Oto, co kliknęłam jeszcze przed wyjazdem; po raz ostatni, moje [nie]poważne uzależnienie wzięło górę; zaszalałam, po prostu.
Pędzli nigdy dość, mimo, że teraz sięgam po jeden, góra dwa ;) Do zmatowienia filtra oraz, ewentualnie, do bronzera. Ale tak trudno jest mi nad sobą panować w tej kwestii, tak ciężko mi odmówić sobie jeszcze jednej, tymrazemnaprawdęostatniej sztuki. Co mnie tłumaczy, to  bezterminowość owych drobiażdżków.
Tu, prócz ELFa, świeże w mej kolekcji marki. W przypadku Ery jestem zakochana w podkładzie, dlatego z chęcią postanowiłam pokusić sie o ich pędzle. Tym bardziej po wszelkich pieśniach chwalebnych. Co ciekawe, jak widać, w moich skromnych zasobach pojawiły się same skunksy, a ja tego typu pędzla szczerze nienawidzę :D Co było jednak począć, gdyż to właśnie powyższe modele okrzyknięto cudem nad cudami. Szczerze? Nie żałuję zakupu ani jednej sztuki i nie taki duo fibre straszny ;)

Nie lubię różu. Naprawdę, nie cierpię koloru różowego. Jak wiec takowy trafił w moje progi. Otóż byłam już praktycznie zdecydowana na zakup sztuki zielonej modelu 959 od Bdellium tools. Jednak przed aktem zbrodni coś mnie tknęło, by sobie przejrzeć dokładnie googlowską graficzkę i tak patrze, oglądam i toż to jednak maleństwo jest. Ok, może i fajny, poręczny, ale dla osoby nieco już z minerałami wprawionej wiedziałam, że taki raczej maciupci pędzelek o mniejszej średnicy da mi zbyt mocne krycie. A na pewno mocniejsze niż różowy brat. Nie mam zbyt wiele do ukrycia, to po co na siłę tworzyć sobie tapetę? Dlatego z bólem serducha zebrałam sie w sobie, by zrobić to małe ustępstwo od reguły.

Ostatni, bo tani, bo chwalony, bo czarny. Jak dotąd jeszcze nie przetestowany :D

Jak widać, moja kolekcja znowu się rozrosła. Warto jednak wspomnieć, iż przed zakupem puściłam kilka niepotrzebnych mi sztuk dalej. Lubię pędzle. Bardzo lubię pędzle. Kupowanie ich sprawia mi ogromną przyjemność. I lubię na nie patrzeć.
W ostatnim czasie niezwykle rzadko sięgam po jakikolwiek kolorowy kosmetyk, nie wspominając już o zakupie. Nie jest to jednak przeszkodą, by sięgnąć po kolejną nówkę sztukę.
Kilka slow podsumowania na temat samych pędzli; pod względem wykonania najbardziej przypadły mi do gustu te od Era minerals. Firma udowodniła mi, iż białe trzonki nie muszą oznaczać kiczu. Modelom, na jakie się zdecydowałam nie mam nic do zarzucenia. Dodam ,ze jestem zakochana z tym, jak współgra w moimi osobistymi preferencjami 139S. Ja używam go do... nakładania podkładu ;) Efekt air brush, jaki uzyskuję przechodzi moje najśmielsze oczekiwania! Warstwa podkładu nałożona przy pomocy tego pędzla to po prostu ultralekka mgiełka. Dokładnie tego potrzebowałam. Subtelnego wyrównania kolorytu przy maksymalnie naturalnym wykończeniu bez widocznego na twarzy kosmetyku. Od kiedy sięgam po ten pędzel każdy inny, którym rozprowadzałam minerały, poszedł w odstawkę.
Jeśli zaś o pozostałe chodzi, sięgam akurat po te które aktualnie mam pod ręką.
Na koniec dodam, że na mojej wish liście wciąż pozostaje Zoeva. Niestety, po ostatnim pędzlowym doładowaniu kompletnie nie mam pomysłu, w jaki model celować! Bardzo możliwe, ze zanim się zdecyduję, firma wypuści coś nowego :D

niedziela, 27 lipca 2014

Dawno nie było posta, wiem. Dlatego pragnę dodać małe wyjaśnienie. Aktualnie nie mam zbyt wiele czasu oraz sposobności na blogowanie, aczkolwiek nie oznacza to, iż owe miejsce opuściłam. Po prostu w moim życiu nastąpiły znaczące zmiany, poprzedzone poważnym, choć dość spontanicznym planem dotyczącym przyszłości. Zmiana życia o 180stopni bywa kłopotliwa, szczególnie przez pierwsze tygodnie ;) Dlatego powoli rozwijam skrzydła w nowym miejscu na świecie i nie mam głowy do zamieszczania postów kosmetycznych, wybaczcie. Niedługo jednak przybędę z małym bonusem, na pewno coś wymyślę! Jeszcze raz przepraszam za nieobecność i dziękuję za uwagę wszystkim, którzy jeszcze tu zaglądają :)

środa, 2 lipca 2014

Co wybieram ostatnio?

Witam :)
Poprzedni post dotyczył ulubieńców ostatnich miesięcy wśród pielęgnacji. Dziś przybywam z krótkim opisem tego, po co sięgam najczęściej, wykonując makijaż. Dodam, że od dłuższego czasu jest on naprawę mocno okrojony i często na primerze mineralnym się kończy :)


Nie wyobrażam sobie opuszczę ie murów mieszkania bez filtra. Czy to jedynie go zmatuję, czy wykonam pełny makijaż, spf50 musi być. niedawnym odkryciem okazał się produkt marki Ducray - przyjemne i nieazjatyckie mazidło.  Tak bardzo wpisał się w moje oczekiwania, że kiedy potraktowałam go jedynie pudrem, stworzyłam, że takiego fotoszopa nie miałam chyba nigdy. A że od dłuższego czasu dostrzegam ogromna poprawę w jakości skóry twarzy,zazwyczaj na tym konczę.

Do matowienia filtra wybieram najczęściej dwa proszki - wielbiony pod niebiosa puder diamentowy oraz handmade primer.
Cóż mogę napisać o pudrze z Biochemii urody/ Najprościej - okrzyknęłam go fotoszopem w proszku. Co ciekawe, żaden inny ich puder na mojej cerze się nie sprawdził. Skąd wiec z moich zbiorach ten skromny słoiczek? Otóż z ciekawości za sprawą wizażonych wymian skusiłam się na diament. Tak cudownie leżał na twarzy, ze zamówiłam od razu dwa kolejne opakowania. Historia zadecydowanie sugestywna, nic mięcej w temacie dodawać nie trzeba :)
Drugi słoiczek zawiera ukręconą mineralną bazę/puder. Głownem składnikiem jest dry flo z dodatkiem mikrosfer silikonowych oraz krzemionki; wzbogaciłam to jeszcze suszonymi liśćmi baobabu, coby zniwelować zaczerwienienia i uspokoić cerę oraz olejkiem z drzewa herbacianego. Bo lubię zapach. Oraz to, jak wpływa na skórę ;) Mieszanka udała mi sie nad wyraz dobrze. Nie tylko ja jestem tego zdania :D

Bardzo często mój makijaż kończę na tym zestawie, czasem jednak, kiedy tylko mam chęci i czas, idę krok dalej, konturując twarz. zazwyczaj wybieram do tego celu NYXa w kolorze Taupe, kiedy jednak mam pod ręką odpowiedni pędzle, decyduję się na bazę brązującą Chanel. Lubię jej kremową konsystencje i to, jak świetnie się wtapia, jednak pod względem koloru moim zdecydowanym faworytem jest wymieniony Nyx; na jego tle Chanel wypada wręcz pomarańczowo!

Najczęściej używanym tuszem w ostatnim czasie jest widoczny Gosh Catchy eyes. Szczoteczka silikonowa, pokrewna Max factor Clump defy tudzież Miss sporty studio lash. Wspominałam już o tym, że jestem fanką tych klasycznych, nie mniej jednak to właśnie silikonowe pomagają mi podtrzymać efekt zalotki. Dlatego chętnie sięgam po te maskary, które posiadają wywinięta końcówkę.
Tusz Gosha nie tylko pozwala mi poskromić moje raczej proste rzęsy, ale także przyjemnie je wydłuża. Jestem na tak :)


To mniej więcej wszystko, co ląduje w ostatnim czasie na mojej twarzy. zabrakło jeszcze pomadki nawilżającej, ale tu bywa rożnie - sięgam po to, co akurat pod ręką.
Wreszcie udało mi się doprowadzić cerę do takiego stanu, ze nie mam oporów latać po świecie soute :D Jedyne, nad czym muszę jeszcze intensywnie pracować, to naczynka. Do armagedonu mi daleko, ale problemu lekceważyć nie wolno i wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć... Niestety, w tym temacie jeszcze wiele edukacji przede mną.

sobota, 28 czerwca 2014

Ulubieńcy ostatnich miesięcy.

W dzisiejszym poście pragnę w skrócie zaprezentować kosmetyki, które podbiły moje serce jakiś czas temu i po które sięgam w prawdziwą przyjemnością :)

Na pierwszy ogień biorę moje odkrycie i zarazem dziewiczy produkt marki Organique. Był to mój pierwszy zakup u nich i jakże udany! Wersja grecka, bo taka też posiadam, to wg mnie najmocniejszy punkt zapachowy firmy :) Tak mocno zamącił mi w głowie, że parę dni po bliższym zapoznaniu zmysłami dotyku i zapachu poleciałam po własny egzemplarz :D Doszło nawet do tego, że przebywając w łazience odkręcałam opakowane tyko po to, by się zaciągnąć ;)

Piętro niżej krem, który konsystencja przywodzi mi na myśl te od Neutrogeny.
Mam odwieczny problem z dłońmi, nieraz skóra jest tak wysuszona i szorstka, że tworzą się rany :(
Rzadko który krem sobie z tym radzi, większość w moim odczuciu pomaga tyle, co woda. Zazwyczaj wspomagam się maścią z witaminą a, ale nie wyobrażam sobie stosowania jej w ciągu dnia, kiedy sięgam po rożne przedmioty ogonie ciągle coś robię/tworze. Dlatego też naprawę doceniam to, co owy krem robi z dłońmi; po jego użyciu skóra jest miękka, nawilżona, wygładzona, aksamitna... Mogę go nawet stosować w ciągu dnia, kiedy nie używam dłoni zbyt intensywnie :D

Po prawo żel pod prysznic Tołpa z serii Botanic. Cenię sobie dobre, naturalne marki w rozsądnej cenie :) Do zakupu żelu skłonił mnie zapach - jest niesamowity! Jestem ogromną fanką świeżych [byle nie ogórkowych; zielona herbata natomiast jak najbardziej]], kwaśnych, czy też cytrusowych nut. Ten idealnie wpisuje się w moje gusta. W dodatku przy pierwszym użyciu bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie obecność drobinek. Mimo, iż nie jest to specjalnie duża ilość, ścierają lepiej niż większość znanych mi peelingów. Od razu skojarzyły mi się z korundem.
Po że lubię sięgać w te dni, kiedy nie używam ukochanej kessy.

Nieco dalej; mydło Sesa. Nie mogło go zabraknąć :) Wspomniałam o nim przy okazji podsumowania roku 2013 i wciąż zachwyca tak samo. Choć zauważyłam, że najlepsze efekty osiągam, kiedy nie stosuję go przy każdym myciu włosów. Nie wiem, jak wpływa na porost/wypadanie - od tego mam inne kosmetyki. Ale kiedy pragnę objętości, nawilżenia i wygładzenia zarazem, wiem, co wybrać.

I na koniec kolejny smaczek od botanicowej Tołpy; jednocześnie kolejny krem do rąk w zestawieniu Tym razem wariant z amarantusem, czyli drugi według mnie najbardziej udany pod względem kompozycji zapachowej. Krem może nie powala na kolana w kwestii odżywienia czy też regeneracji, ale dostatecznie dobrze nawilża moje styrane [;)] dłonie bez lepkiej, tłustej warstwy. Przyjemny kosmetyk, który z chęcią wybieram podczas codziennych zajęć.


Na zdjęciach zabrakło wspomnianej kessy. Mój błąd. To jedna w największych odkryć w ogóle w dziadzinie pielęgnacji! Po jej zakupie odstawiłam wszelkie myjki, gąbki i rękawice [tudzież rozdałam zapasy po rodzinie - nowe oczywiście!]. Nic tak dobrze nie oczyszcza, a przynajmniej ja nic lepszego jeszcze do tej pory nie znalazłam.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Nyx taupe; ile różu w różu? ;)


Dziś przybywam z postem na temat produktu, na który z pewnością natknęło się wiele osób poszukujących idealnego, matowego bronzera z neutralnym/chłodnym kolorze.
W dobie internetu, nieustannego rozwoju blogsfery i wielu forach urodowych nikogo już nie dziwi, kiedy dziewczyna sięga po cień do konturowania twarzy; łatwiej tu o efekt tafli, dobrze dobrany róż czy fajny bronzer. Opcja oczywiście działa w drugą stronę.

Ja, od kiedy tylko pamiętam, żyłam w wielkim przekonaniu, iż puder brązujący to rzecz niesamowicie zbędna dla mego jestestwa. Ba, oglądając oferty drogeryjne tylko utwierdzałam się w przekonaniu, kiedy to naszpikowane brokatem sprasowane cegły bardziej straszyły, niż zachęcały.
Nie pamiętam nawet, jakiem kosmetykiem wykonturowałam twarz po raz pierwszy, podejrzewam o ten czyn jakiś o ton, dwa za ciemny puder. Znalezienie delikwenta to żaden wyczyn dla osoby, dla której wszelkie stacjonarne maziała są zbyt ciemne ;)
A może był to podkład mineralny otrzymany w gratisie...?
W każdym razie najwyraźniej pierwsze próby zaszczepiły we mnie maleńki zalążek, że może jednak to całe modelowanie twarzy to nie głupia sprawa jest? A potem posypały się hasła, które pomóc miały totalnemu laikowi w odnalezieniu tego matowego, niebyt ciemnego i najlepiej chłodnego broznera. I los chciał, bym pełna ekscytacji zawołała - mój ci on!
Słowo ciałem się stało, a w zbiorami zmaterializował się owy bohater posta. A, że nie do końca wpisuję się w kanon typowego zjadacza chleba, przytuliłam sztuki dwie.

Na tym wiec mogłabym zakończyć dzisiejsza historię, ale hello, udaję, że prowadzę bloga kosmetycznego przecież! Czytelnicy chcą dowodów! I wizualizacji.
Na początek więc opakowanie. Lubię. Małe, poręczne, miejsca wiele nie zajmuje. I kształtne, łatwe do ustawienia, nie koliduje z resztą, nie zabiera niepotrzebnie przestrzeni, jak to w przypadku okrągłych puderniczek. I jest szansa dobić do dnia przed końcem terminu przydatności ;)
zatrzask w porządku, trzyma :D Opakowanie się nie otwiera samoistnie, jest wykonane z twardego plastiku. Fakt, moje kosmetyki to nie są mobilne kosmetyki, nie uznaję poprawek makijaży poza domem, mam nawet opory przed nałożeniem pomadki nawilżającej i wierze w kosmetyki trwałe, które pozostaną na twarzy do demakijazu, a jednoczenie nie są ciężkimi, wodoodpornymi produktami pro. Wymagania, wymagania, a jak! Dlatego wybaczanie, nie powiem, jak to się ma do noszenia w kosmetyczce. Bo nie :D
Konsystencja jest dość twarda, wiec co kto lubi. Mi ona w żaden sposób nie przeszkadza, przynajmniej kosmetyk nie pyli, nie nabiera się go za dużo, czasem nawet muszę niezłe jeździć włosiem niektórych pędzli po kosmetyku, by nabrać zadowalającą mnie ilość. Dla mnie to na plus, wiem, że nie przesadzę z efektem końcowym; lepiej mniej, niż więcej, nie szukam efektu klauna oraz nie nosze się na drag queen [tak sądzę..?]. No i nie 'dorysowuję' sobie wgłębienia pod kością policzkową ;)
Powyższe właściwości nie zmieniają faktu, iż nie mam problemu z wtopieniem produktu w skórę. Co więcej, robię to na tyle bezproblemowo, by nie zetrzeć pędzlem filtra. Do trwałości także nie mam zastrzeżeń. Pozostaje na twarzy w zasadzie do zmycia, chyba, że zawini samo podłoże.
A tutaj zdjęcie na skórze: 
Wiele osób twierdzi, ze to produkt głownie dla chłodnych cer, ja jednak sięgając w większości po złotawe podkłady mineralne nie uważam, aby w tym kolorze było mi źle. Co więcej, stwierdzam, że bardziej naturalnego efektu nie uzyskam innymi odcieniami.
Reasumując;
kosmetyk z pewnością wart uwagi, choćby właśnie po to by przekonać się, czy naturalne, matowe wykończenie służy naszej cerze.
Głównym minusem zapewne jest dostępność. wiem, że NYX wprowadził swoją ofertę do Douglasa, wiem też jednak, ze nie do każdego. Choćby do wszystkich dostępnych w moim mieście. A wiem, że wiele osób decyduje się na zakup dopiero po uprzednim wypróbowaniu.
Tym samym ja musiałam sprowadzić swoje własne z internetów. Jednak nie żyłuję ryzyka i wiem już, w jakie odcienie celować w przyszłości. Ponadto warto wspomnieć, że od jakiegoś czasu najczęściej zaraz obok jakiegoś mineralnego primera do zmatowienia filtra, to mój jedyny makijaż ;)

piątek, 13 czerwca 2014

Nowości na bis.

Witam, dziś post totalnie luźny, z kolejną porcją nowości. Mam nadzieję, że do nastopnego razu uda mi się bardziej nadgonić; w sumie mam na dysku parę materiałów, powoli się szykuje z realizacją.
Tym razem jednak skupię się już na temacie dzisiejszego wpisu, także ten... Zapraszam :)

Na początek ostatnie japońskie nabytki. Osławiony w pewnych kręgach peeling enzymatyczny/puder oczyszczający Suisai Kanebo. Wahałam się, czy zakupić za pierwszym razem mniejsze opakowanie, czy powyższe. Jak widać, zaryzykowałam. Mam nadzieję, że nie pożałuję.
Lotion rozjaśniający Senka; alternatywa dla Hadalabo, którego formułę uwielbiam! Ale chciałam coś, co choć częściowy ujednolici cerę, a taka wersja HL zbyt pochlebnych opinie nie miała...

Maska do włosów Antu-age Organique, czyli mała rekompensata dla włosów raz na jakiś czas oraz maseczka piankowa  Papaja & Ananas. Nie ukrywam, że najbardziej zaciekawiła mnie konsystencja owej pinki, która tak naprawdę jest nieco bardziej puszysta niż typowe maski, ale liczyłam na więcej ;) Jednak samemu działaniu nie mam nic do zarzucenia.

Drobiażdżki, które cieszą - puder do kąpieli pomarańcza i chilli oraz kawior śliwka & figa. Kompozycje zapachowe przednie. Totlanie trafiły w moje gusta, a jestem dość wybredna.
Ostanie słowo należy do rosyjskich produktów - w obu przypadkach udało mi się najpierw dorwać odlewki na przetestowanie i jak widać, produkty zachwyciły mnie na tyle, że kupiłam swoje własne.
Czarnym mydłem Agafii szczególnie polubiłam oczyszczać twarz i, w odróżnieniu od naturalnego savon noir, to może bez obaw znaleźć się także w okolicach oczu.
Żywe witaminy szczególnie dobrze sprawdzają się na końcach lekko wilgotnych włosów [traktuję je trochę jak typowe serum], jeszcze przed suszeniem :) Sądzę, że z nimi mogłabym sobie w ogóle odpuścić odżywkę, aczkolwiek takiego wariantu jeszcze nie wypróbowałam.

Ostatnimi czasy trochę nowości mi się nagromadziło i to nadal nie wszystko. Jednak zużyć wciąż mi nie brakuje i mogłabym rzec, iż wymiana stare na nowe idzie sprawnie. Poza tym musiałam ograniczyć bazę wszelkich zapasów kosmetycznych, także minerałów. Starałam się kupować to, co faktycznie niezbędne, bez nadprogramowej ilości. Nie jest źle, choć nad wynikiem mogłabym jeszcze popracować :)

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Nowości.

Witam, żyję :D
Dziś przybywam z nowościami kosmetycznymi. Na razie pierwsza partia, za jakiś czas pewnie dodam aktualkę.
Powoli dobijam do denek, realizuję plany pielęgnacyjne i uzupełniam zapasy. Tylko to, cl niezbędne i ulubione. Ale mimo wszystko posiadam osobistą minidrogerię ;)

Filtry, czyli jeden z ulubionych elementów w pielęgnacji i od dłuższego czasu praktycznie jedyny 'makijaż' ;) Na stan cery nie narzekam, a i jestem zakochana w samorobnym primerze, który w towarzystwie dobrego filtra gwarancją fotoszopa na żywo :D
[ok, rozleniwiłam się i zazwyczaj malować mi się nie chcę ;) ]
Nowy Vichy matujący; Senka mineral oraz Ducray.

Na punkcie włosów mam fioła. Wręcz obsesyjnie pilnuję objętości; nic nie wpływa tak źle na moje samopoczucie, jak oklapnięte kudły. Pudry do włosów to dla mnie podstawa. Jednak od dawna moja lista produktów do stylizacji zamyka się własne na prochach. Tym razem więc 'poszalałam' :D Co mnie zainspirowało; poszukiwania przyzwoitego utrwalacza. Jakiś czas temu mając już dość sporego odrostu i braku weny wróciłam do kręcenia włosów. Przynajmniej miała pokój. Nie uśmiechało mi się jednak codziennie katować włosy prostownica, toteż potrzebowałam pomocnika. Płyn teksturujący Osis wydał się ideałem. Jak na razie jestem na tak.
Spray na objętość Goldwell, coby wspomóc się jeszcze bardziej; opinie bardzo dobre, forma kosmetyku do mnie przemawia, dlatego zdecydowałam się na zakup i nie żałuję :)
Osławia odżywka JMO - cóż mogę napisać. Bardzo przyjemna, fajne działanie bez obciążania, super zapach. Wszystko jak najbardziej ok, ale żeby zaraz płacić niemal 100zł; sadzę, ze spokojnie można znaleźć równie porządny produkt za kilkanaście polskich złotych. Aczkolwiek to mój ulubieniec ostatnich tygodni; zaraz obok tybetańskiego balsamu Planeta organica. Kilka razy tańszego, a jakże :D

Algi, zaraz obok glinek, to zdecydowanie mój hit. Żadna gotowa maska nie jest w stanie tak podbić mego serca i zadowolić działaniem. Wersja taka, nie inna, gdyż postanowiłam zrobić dobrze naczynkom. W końcu ;)
Serum do rzęs... cóż, jeśli faktycznie działa tak rewelacyjnie, to za jakiś czas, sądząc po mojej naturalnej długości, będę mogła chyba całkowicie zrezygnować z makijażu :o W sumie takie preparaty są dla mnie zbędne, ale miałam sposobność dorwania tego preparatu, więc skorzystałam.

Ulubieniec ostatnich miesięcy, podwojona dawka :) Puder diamentowy to moje odkrycie. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że zapoznałam się z nim przypadkowo; sama na zakup bym się nie zdecydowała, że testowane do tej pory pudry z Biochemii urody zupełnie się nie sprawdziły na mojej cerze. A tu taka niespodzianka! Uwielbiam, nic więcej dodawać nie muszę.
Nasala pora na nową bazę pod cienie, choć nasuwałoby się pytanie - po co? Tak rzadko sięgam teraz po palety. Różne jednak pomysły siedzą w mojej głowie i sentencja' nie znasz dnia ani godziny' idealnie się wpasowuje w rytm mojego życia. Tak więc bazy w mych zbiorach zabraknąć nie może.
Brwi w butelce; całkowite dla mnie zaskoczenie. byłam niemal zdecydowana na zakup Aqua brow, gdyż moja kredka jest na wykończeniu. Az tu trafiłam na opisy owego produktu. I wnioski nasunęły się same - to kosmetyk idealny. Nie lubię mocnego podkreślenia; jedynie poprawiam to, co niedoskonałe. Produkt MUFE by mi tego nie zapewnił, tego jestem pewna. Mimo ciemnej oprawy oczu nie czuję się dobrze z mocnej zaakcentowanymi brwiami; po prostu.

Na dzisiaj to tyle, postaram się wpadać tutaj częściej. Nie wiem jednak, jak się to odniesie do rzeczywistości, gdyż ostatnio czas mnie goni, nie wiem momentami za co się brać. W dodatku nie mogę zaleczyć przeziębienia, jestem ogólnie 'rozbita' i przemęczona.  Choroba najlepszym lekiem na bezsenność, serio; tak długo i mocno nie spałam od lat...

piątek, 9 maja 2014

Nowe dermokosmetyki.


Moja pielęgnacyjna kolekcja należy zdecydowanie do naturalek. Nadal także pojawiają się elementy azjatyckie. Czasem jednak lubię sięgnąć po wart uwagi dermokosmetyk. Nie jest to jednak regularny punkt, a urozmaicenie.

Od jakiegoś czasu trafiałam na coraz więcej postów dotyczących firmy GlySkinCare, szczególnie dotyczących mleczka pilingującego. Korzystając z okazji, że lata jeszcze nie mamy, postanowiłam wypróbować i ja. A że trafiłam na zestaw w ciekawej cenie, wybór był oczywisty.
Co do pierwszego wspomnianego kosmetyku, dość długo wahałam się miedzy 5 a 10%, ostateczni jednak wybrałam opcję słabszą, gdyż słońca coraz więcej ,a i moja cera różnie na kwas glikolowy reaguje.
Krem nawilżający prawdopodobnie zużyję na szyję i dekolt, ewentualnie puszcze dalej ;) Nie moje klimaty.

Decubal do kolejna 'głośna' marka. A na ich krem pod oczy miałam ochotę od naprawdę długiego czasu, jednak wciąż zawalona zapasami mazideł odkładałam zakup. Jednak skóra w okolicach oczy nie była ostatnio w najlepszej kondycji, wobec tego postanowiłam ją nieco rozpieścić ;)
Z ciekawości wybrałam również olejek, który można stosować zarówno pod prysznic jak i do kąpieli. Ja najchętniej sięgam po niego właśnie podczas małego, wodnego spa oraz... jako składnik peelingu kawowego :)


Ostatnimi czasy zakupy wyglądają u mnie nieco skromnie, na rossmannowskich promocjach nie poszalałam w ogóle [i jestem z tego dumna!], natomiast nowości na pólkach napływają kilkunastokrotnie każdego tygodnia innymi źródłami - wizażowe wymiany :D Az dziw bierze, że panie na poczcie jeszcze mnie nie gonią ;)

czwartek, 1 maja 2014

Bourjois blush 37 Rose pompon.

Wiele dziewczyn o jasnej cerze zmaga się z problemem znalezienia dobrego różu, który będzie się ładnie prezentował na bladej karnacji bez obawy o uzyskanie efektu klauna. Jedne są zbyt pomarańczowe, inne zbyt ostre, za ciemne, zbyt rozświetlające. Nie łatwo znaleźć kosmetyk, który doda naturalnego, subtelnego rumieńca. Szukając różu idealnego warto więc zainteresować się propozycją marki Bourjois. Zapewne samego produktu przestawiać nikomu nie trzeba, albowiem kult róży francuskiej firmy jest czymś zupełnie oczywistym.  Jedak, kiedy sama poszukiwałam mojego pierwszego produktu do podkreślenia policzków, owego koloru w ofercie nie mieli ;) Dopiero po latach odświeżyłam moją wiedzę na temat aktualnej propozycji Bourjois i trafiłam na to oto maleństwo.

Kolor Rose pompon nie jest ani zbyt chłodny ani też za ciepły. Nie ma mowy o ceglanych rumieńcach. Sądzę, ze sprawdzi się u większości karnacji. Ponadto efekt jest niezwykle delikatny, przy czym mamy możliwość stopniowania nasycenia. Kosmetykiem tym krzywdy z pewnością sobie nie zrobimy.
Wykończenie to ładna satyna, na próżno szukać w nim drobin, nie uzyskamy także kredowego matu. Dzięki takiemu efektowi skóra zyskuje na świeżości.
Nawet ja, dozgonna miłośniczka matu, nie miałam większych oporów przed aplikacją kosmetyku ;)
Uważam, że róż Bourjois Rose pompon to porządny kosmetyk dedykowany przede wszystkim cerom jasnym, a ze względu na odcień i wykończenie staje się produktem niezwykle uniwersalnym. Myślę, że naprawdę warto się z nim bliżej zapoznać :)

niedziela, 27 kwietnia 2014

Moja aktualna pielęgnacja cery.



Dziś postanowiłam nieco przybliżyć produkty do twarzy, po które sięgam od dłuższego czasu.
Na tyle się one sprawdzają na mojej cerze, że nie wprowadzam radykalnych zmian w programie pielęgnacyjnym od dawna.


Pierwszy zestaw, czyli kosmetyki, które wybrałam na dzień. Minimalizm, jak widać. Filtr Ziaji zapewnia mi wystarczające nawilżenie, więc pod nim ląduje jedynie 3 second starter Holika holika. Ta ogromna butla towarzyszy mi od kilku miesięcy! :D Jeszcze tylko krem pod oczy i tyle.
Zestaw nocny jest zdecydowanie bardziej rozbudowany.
Na pierwszy ogień idzie tonik hialuronowy Hadalabo zmieszany z pudrową witaminą c na dłoni :) Po chwili sięgam po krem wodny I'ts skin LI Effector. Kiedy się wchłonie, nakładam krem rozjaśniający Shiseido [niedługo zastąpiony wybielającym Sleeping packiem Tonymoly, następnie papajową Orientaną] I standardowo, krem pod oczy.
Od dłuższego czasu moja skora jest dostatecznie nawodniona, zapomniałam, co to suche skórki, nie występuję także zapychanie i ogólne podrażnienie. Pominęłam tu maseczki, peelingi i tym podobne zabiegi pielęgnacyjne; po prosu moi codzienni towarzysze.Ku mojemu zdziwieniu - głownie azjatycko. Powoli jednak kosmetyki te zastępuję innymi. Ostatnimi czasy sporo u mnie dermokosmetyków, które przy najbliższej okazji pokarzę :)
Jak wspomniałam, powyższe produkty bardzo dobrze wpisały się w potrzeby mojej skóry, może więc kogoś zainspirują.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Nowości w kolorówce.

Zgodnie z tym, co obiecałam, dziś ostatnia już odsłona marcowych zakupów. Tym razem kolorówka.
Nie są to u mnie zbyt częste wybory, albowiem maluje się stosunkowo rzadko i nie widzę sensu kupowania miliarda kosmetyków, bo kolor/firma/opakowanie, a oczywistym jest fakt, iż nie zużyję nawet 1/4. Na próżno szukać u mnie kilkudziesięciu palet, z czego kilkanaście jest w identycznej kolorystyce; jeszcze wieszczej ilości mazideł do ust. Staram się trzymać tylko to, po co faktycznie sięgam. Moim faktycznym szaleństwem są pędzle, ale to inwestycja warta rozwijania c:
Nie mniej jednak, podsumowując owe zakupy, byłam z minimalnym szoku uzmysławiając sobie, że nabyłam aż trzy nowe róże! :D Dodam jednak, że poprzednich się pozbyłam...

Na pierwszy ogień idą dwa najbardziej oczekiwane kosmetyki. Kultowy już puder NARSa Light reflecting setting powder w wersji sypkiej oraz róż Illamasqua w kolorze Katie.
Zarówno z jedną, jak i drugą marką nie maiłam do tej pory styczności. Jeśli o puder chodzi, jeszcze go nie testowałam [serio!], natomiast Illamasqua to przyjemny, jasny i całkowicie matowy chłodny róż. Coś co cenię najbardziej. Nie mniej jednak ostrzę pazury także na Nymph, ale to z pewnością nie w najbliższej przyszłości ;)

I kolejne róże...
Artdeco [kolekcja Color mania, nr 70] wpadł w me ręce kompletnie przypadkowo i był zupełnie nieplanowanym nabytkiem. Aczkolwiek wściekły róż całkiem trafia w moje gusta, jednakże, iż blada ze mnie istota, muszę aplikować go ostrożnie. Natomiast od dłuższego czasu prowadziłam gorące poszukiwania kosmetyku w odcieniu lawendy/lilii. Moją uwagę od razu przykuł produkt Etude house w odcieniu Blueberry pie [nie byłam w stanie oddać koloru, niestety :c ]. Obawiałam się, że będzie zbyt fioletowy, ale świetnie stapia się z cerą i jak najbardziej można uzyskać min całkiem naturalny efekt.

To tyle, jeśli chodzi o kolorówkę zarówno marcową, jak i z ostatnich miesięcy.W chwili obecnej rozważam jeszcze zakup wodoodpornego eyelinera Make up atelier oraz produktu do brwi. wcześniej pewniakiem była słynna Aqua brow, teraz jednak mocno zastanawiam się nad nabyciem Brwi w butelce. Czuję, że to właśnie ta druga pozycja da mi dokładnie to, czego faktycznie szukam.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Nowe pędzle; Maestro.


Dziś przybywam z nową trójką w moich szeregach; zgodnie z tym, o czym niedawno wspomniałam.
W moim przypadku pędzli nigdy dość i to moje małe, ale poważne uzależnienie ;)
Jakiś czas temu wymieniłam niemal cała swoją kolekcję i obiecałam sobie tym samym, że koniec z kupowaniem kolejnych. a niedługo potem kolekcja powiększyła się o siedem nowych :D I wyznając wszystkie grzechy, nie mogę przemilczeć faktu, że lecą do mnie dwa następne i już ostrzę zęby na Zoevę :D Jednak mam już wybrany konkretny model i tym razem mam nadzieję, że na nim zakończę szaleństwo.
Na swoja obronę dodam jeszcze, że większość zbędnych sztuk posyłam dalej ;)

W mojej kolekcji na próżno było się poparzyć dużej ilości Maestro. Tym razem jednak nadeszła pora na wymianę pędzla do pudru i tym samym namiętnie wertowałam kolejne strony, aby wybrać taki, który najpewniej mnie zadowoli.
Jestem fanką puchaczy, padło więc na Maestro ze Złotej kolekcji. Ostatecznym przekonał mnie krótszy niż u większości modeli trzonek. Maluję się przy niewielkim kosmetycznym lusterku, także jest to niemiernie ważne, aby zbyt długa rączka nie utrudniała pracy.
Zadowolona wybrałam sobie sklep i jak to zazwyczaj bywa, z ogromna ciekawością zapoznałam się z reszta asortymentu. Wzrok na dłużej zatrzymał się na Modelage, także ze złotej kolekcji. Zdecydowanie na zbyt długo, o czym się potem przekonałam. Ten kształt, ten profil! Ideał do konturowania. I podobnie - nie za długi trzonek. Jak ot w życiu bywa, palec żyjący własnym życiem zjechał sobie na LPM i 'dodałosiędokoszyka'. A potem doznałam objawienia - przydałaby się nówka sztuka do różu!
Nie należę do fanek skośnie ściętego włosia, dlatego takież ominęłam w pierwszej kolejności. Natomiast klasyczny 150 otrzymał moją aprobację. Rozmiar 20, bo lubię mniejsze i bardziej precyzyjne. Jednakże nie, nie jest zbyt malutki! Jest idealny do moich potrzeb :)

Reasumując; zakupy bardzo udane, wszystkie pędzle trafiły idealnie w moje gusta. Tym razem do wszystkich zapałałam miłością od pierwszego wejrzenia i ta trwa w najlepsze.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Matujący krem do twarzy SPF 50 Ziaja med.


Dziś przybywam z recenzją kremu z filtrem do twarzy Ziaja med.
Używam go już na tyle długo, by wyrobić sobie o nim zdanie. Jakie wywarł na mnie wrażenie? Zapraszam do lektury, aby poznać moją subiektywną opinię :)


Zacznę od opakowania. Jest to tubka, czyli typ, jaki osobiście preferuję, ale jaki jednoczenie utrudnia wydobycie kosmetyku do koñca. Szata graficzna typowa dla Ziaji aptecznej i tym samym przywodząca na myśl dermokosmetyki.
Konsystencja kremu nie jest ani zbyt rzadka ani za gęsta, mi odpowiada. Kosmetyk z pewnością nie wchłania się do matu.
Kolor jest lekko żółtawy/beżowy i co najważniejsze, Ziaja matująca nie bieli!O to nie trudno w przypadku tak wysokiej ochrony ;)
Jak wspomniałam, Ziaja pozostawia na skórze film. W moim odczuciu jest to lepka warstwa. Jednak nie ma nic wspólnego z tłustością typową dla filtrów dostępnych na naszym rynku. U mnie działa nieco jak klej ;) Jednak ja zrobiłam z tego niezły użytek, ale o tym za chwilę.
Co do działania; cóż, mocnego matowienia nie uświadczyłam, wspomnę jednak, że Ziaję stosuję pod makijaż mineralny. I przy odpowiednim traktowaniu i rozgryzieniu tego filtra jestem wprost zachwycona! Ale po kolei:
początkowo nie umiałam w żadnej sposób znaleźć kompromisu, nie dawałam rady kremu rozpracować, nie chciał dać się zdominować i w efekcie niesamowicie psioczyłam. Wypróbowanym wiele wariantów i niemal za każdym razem kończyło się ogromnym rozczarowaniem. Trudno, myślałam, majątku mnie ta przygoda nie kosztowała. Ale, że niczego w zapasie nie miałam, postanowiłam zrobił ostateczne podejście i albo spisać Ziaję na straty albo ostatecznie ją poskromić i stać się górą. I nagle na moje drodze pojawił się niesamowity fotoszop w proszku - puder diamentowy z Biochemii urody! Ten duet to prawdziwy skarb dla moje cery! Tak więc traktując twarz przepisówką filtra i słuszną ilością cudownego pyłu w celu porządnego zmatowienia [osuszenia/zniwelowania lepkości] otrzymałam istny cud i jednocześnie rewelacyjną bazę pod minerałka. Ta kleistosc po prostu spowodowała, zarówno primer jak i podkład pięknie przyległ do cery, jednocześnie otrzymałam niesamowite wygadzanie porów i nierówności skóry, mocne przedłużenie makijażu, dzięki czemu twarz pozostaje z stanie nienaruszonym praktycznie do demakijażu - nie ma mowy o przetłuszczeniu, nie ma mowy o zważeniu czy nieestetycznych plamach! Aż dziw bierze, bo cerę mam mieszaną, lubię zabłysnąć; te sprawy. A tu, proszę Państwa, cera jak ideał! Nawet niewdzięcznik Lauresa trzyma się pięknie, na ciastoli.
Wypróbowałam także mojego asa w rękawie na filtry-smalce - puder ryżowy. I w tym przypadku odczucia podobne :) Na plus.
Niestety, z pudrem EDM na bazie bambusa pięknie już nie było, ale ogólnie bambusowe cerze mej nie służą. Solo, czy z filtrem...
Ostatecznie więc po rozgryzieniu Ziaji i dogadaniu się z nią stwierdzam, że to naprawę porządny, wart uwagi filtr za świetną cenę. Zamierzam jeszcze wypróbować nowość - krem z witaminą c.
Nie sądzę, że Ziaja matująca sprawdzi się u mnie w lecie, podczas upałów, ale na obecną porę roku jest bardzo dobra.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Marcowe nowości.

Wiele sklepów internetowych zorganizowało w tym roku parę ciekawych promocji z okazji Dnia kobiet. A to rabat, a to darmowa wysyłka... Mimo, że na niedobór kosmetyków nie narzekam, postanowiłam skusić się na kilka drobiazgów.

Jako, że formuła podkładów Ery minerals dogaduje się z moją cerą bardzo dobrze, zdecydowałam się poszerzyć zbiory o kolejne dwa słoiki. Zakup uważam za najlepszy deal marca, gdyż oba opakowania kosztowały mnie tyle, co jedno. To ja rozumiem! :)

Moje pierwsze produkty od Make me bio. Dwa delikatne peelingi, czyli coś, co moja skóra wprost uwielbia. Opakowania są tak urocze, że aż żal otwierać. Zdecydowanie cieszą oko.

Dwa pierwsze produkty dorwane stacjonarnie oraz eko lakier do włosów. Balsam Tołpy i micelar Garniera, o którym ostatnimi czasy jest dość głośno. Zobaczymy, jak się sprawdzi; na dzień dzisiejszy moim ulubieńcem został L'oreal.

Krem-maska z papai Orientany to produkt, do którego zakupu przymierzałam się dobrze ponad rok. Jednak na przekór planom zawsze miałam produkty na noc i odkładałam kupno na dalsze miesiące. Jednak zdeterminowana i ciekawa trzymałam się dzielnie, ignorując wszelkie okazje i wreszcie nabyłam swój własny egzemplarz. Krem rozświetlający The body shop zamierzam stosować bliżej lata na filtr Senka [ah, ta lekkość!]. Liczę na subtelną satynę :)

Na koniec dwa ciekawe produkty - mydła do ciała i włosów Agafii w wersji cedrowej oraz miodowej. Bardzo lubię rosyjskie kosmetyki i z większości byłam szczerze zadowolona. Mam nadzieję, że i tym razem się nie zawiodę :)

To tyle, jeśli chodzi o minerały i pielęgnację marcową. Aczkolwiek w najbliższych postach pojawi się jeszcze trochę kolorówki oraz kolejne już pędzle...

środa, 26 marca 2014

Czarny makijaż oka - ponownie.


Po dłuższej nieobecności przybywam z tematyką, jakiej dawno nie poruszałam ;) Nawet bardzo dawno.
Zapewnie nie raz wspomniałam, iż preferuję makijaże mocne, zdecydowane. Także jako tak zwany dzienniak. Po prostu z mocno podkreślonym okiem czuję się najlepiej i nie, nie ma to nic wspólnego z kompleksami, tudzież oporami przed ukazaniem światu 'gołej' twarzy. U mnie objawia się to w następujący sposób - albo po całości albo nic. Nie ma mowy o żadnym nude i temu podobnych.
Aczkolwiek postęp jest [starość :D] i nie latam po świecie radośnie objawiając smołka pod brwi ;) Choć nadal stawiam głownie na czerń.
Od jakiegoś czasu nosze na głowie sporo jaśniejsze odcienie brązu niż ten, który podarowała mi natura, co jest mocno widoczne, porównując kolor grzywki do brwi [nie hennowanych]. Tym samym nie pierwszy już raz usłyszałam, że w lżejszym, delikatniejszym makijażu przy jaśniejszym kolorze włosów wyglądam mdło i bez wyrazu. Sama podpisuję się pod tym rekami i nogami, dlatego odetchnęłam z ulgą porzucając nieudolne próby z popielą na powiece. Zwyczajnie nie czułam się dobrze i nie wyglądałam dobrze.
Nie przedłużając; dziś prezentuję dwa z wielu moich czarnych makijaży.





W następnym poście pokażę, co udało mi się dorwać przy okazji Dnia kobiet :) Jak widać znowu coś mi nie wychodzi wyrabianie się z czasem, postami i masą innych rzeczy. Przynajmniej w życiu prywatnym daję radę nadganiać upływające dni.

poniedziałek, 17 marca 2014

Moje nowe maskary; Gosh i MNY.



Pielęgnacja to taka moja 'mała' obsesja. Pułki nie raz uginają się pod ogromem słoiczków i butelek. Jeśli jednak o kolorówkę chodzi, zawsze staram się trzymać tylko to, co naprawę jest mi potrzebne i po co faktycznie sięgam. Wyjątkiem są minerały oraz tusze do rzęs. Tych mi nigdy nie brakowało i mogę przybierać do woli. Mam kilka ulubieńców, ale to taki rodzaj produktu, który szalenie wielbię testować i szukać jeszcze lepszych.Po nieudanym powrocie do Masterpiece MF, w ostatnim czasie zakupiłam trzy kolejne opakowania.


Illegal length Maybelline


Nie jest to moje pierwsze opakowanie.
Mimo wszystko preferuję szczoteczki klasyczne, choć tak trudno dostać mi maskarę, której efekt mnie zadowoli, dlatego wciąż po moich zbiorach przewija się więcej silikonowych. W tym tuszu znajduje jednak to wszystko, czego najbardziej potrzebuję. Niesamowite wydłużenie bez zbyt mocnego pogrubienia, co jest w cenie, kiedy nakładam kolejne warstwy - nie ma mowy o owadzich nóżkach :) Moje rzęsy naprawdę się z tym kosmetykiem dogaduję. Nie bez powodu więc właśnie Maybelline oraz Max factor to moje ulubione marki, jeśli o maskary chodzi.







Catchy eyes Gosh


 Mój pierwszy tusz z oferty Gosha. Wiele dziewczyn było z niego zadowolonych, a szczoteczka zbliżona kształtem do Clump defy oraz Studio lash, które jako jedne z nielicznych radzą sobie z podkręceniem i otrzymaniem tego efektu na moich praktycznie prostych, lecz długich rzęsach. Dlatego z przyjemnością wrzuciłam kosmetyk do koszyka. Ponadto tego tupu szczoteczka bardzo ładnie rozdziela rzęsy i na jej rzecz mogę zrobić ustępstwo od klasycznych.










One by one Maybelline


Ostatnia już i kolejna maskara z silikonową szczoteczką.
Do jej zakupu zachęciły mnie zdjęcia efektu, jaki można uzyskać i powiem szczerze, że ciesze się, iż zdradziłam swoje przekonania. Od jakiegoś czasu sięgam głównie po ten tusz i jestem z niego szczerze zadowolona. Nawet nieźle radzi sobie z utrzymaniem podkręcenia zalotką, podczas gdy inne produkty w zasadzie ponownie rozprostowują mi rzęsy. Poza tym nawet świeży, mokry nie powoduje straszliwego sklejenia.
Ogólnie ta firma to nie moja bajka, ale po ich maskary sięgam z prawdziwą przyjemnością. Po prostu to kolejny udany produkt do rzęs od MNY.









Nadal na mojej liście widnieje False lash wings. Od jakiegoś czasu oswajam także Make up factory Full intense mascara, który to upiłam kilka miesięcy temu i czekałam, aż przyschnie na tyle, by dało się go używać ;)

środa, 12 marca 2014

Ostatnie lutowe zakupy.


Od jakiegoś czasu ledwo nadążam. Za życiem, za obowiązkami, za celami/planami. Spóźniam się, dlatego posty też spóźnione nieco ;) Powoli się ogarniam, choć nadal mam z tym kłopoty, co zapewne widać na blogu :D
Ale jest ok.

Dziś przybywam z luźną notką i resztą lutowych przyjemności.
Od poczatku;
pudry do włosów wszelkiego rodzaju kocham, o czym zresztą dałam znać w poście podsumowującym rok 2013. Tego jeszcze nie miałam, ale spisuje się bardzo dobrze. Micelar, zapewne większości znany, przez masę lubiany. I tu jestem z zakupu zadowolona :)
Następnie peeling żelowy Planeta organica oraz maska algowa z acerolą i witaminą c. Jeśli o PO chodzi, opis przywodzi mi na myśl typowe azjatyckie peelingi tak przede mnie wielbione. A kolei algi kocham. Po prostu.
Dalej; różana maseczka Hesh, bo wiele dobrego się o niej naczytałam oraz alep z kwiatem pomarańczy.  na końcu biała glinka Logona, bo i glinki bliskie memu serduchu, serum pod oczy Apis, gdyż przypomniałam sobie o sympatii do marek gabinetowych i żel pod prysznic Lavea morze martwe błoto i sol. Takie eko akcent na koniec ;)

To tyle, jeśli o zakupy dokonane w lutym. Ale spokojnie, w marcu także sporo mi doszło, więc będzie o czym pisać. Jednak w obecnym miesiącu rządzi przede wszystkim kolorówka.

Na sam koniec wspomnę, że uzupełniłam swoje filmowe zaległości, skończyłam również tomiszcze, które ciągnęło się za mną tygodniami, a teraz poświęcam czas wolny książce, która nie bardzo mi podeszła, ale akcja powoli się rozwija i nie jest źle. A nawet dobrze.
Może przy następnych notkach rozwinę nieco temat filmowy, opisze krotko wrażenia, co polecam, a co według mnie okazało się stratą czasu. Teraz cierpliwie czeka na mnie Rec, wszystkie części dokładniej, jednakże chwile dla siebie należą zdecydowanie do literatury.

piątek, 7 marca 2014

Małe zamówienie z silk naturals - dwa rozświetlacze oraz puder.

Niedawno dokonałam malutkiego zamówienia na silk naturals. W koszyku wylądowały trzy sample:
Ultimate luxury powder, flattery i splendid.
Do wyboru pierwszego zachęcił mnie przede wszystkim skład i opis działania. Mimo, że według nazwy producenta jest to puder, ja stosuje go jako primer.  
Dwie kolejne pozycje to rozświetlacze. Flattery jest jasnym, chłodnym produktem o widocznie różowej tonacji, splendid to zdecydowanie ciepły, ciemniejszy kosmetyk. Oba nie zawierają nachalnych drobin, więc przypadną do gustu większości dziewczyn. Pierwszy z nich delikatnie podkreśli jasną, alabastrową cerę, drugi da rewelacyjny efekt na opalonej skórze.
Ja jednak ostatecznie zmieszałam oba :D Nie jestem posiadaczką porcelany, lecz przede wszystkim daleko mi do złotej opalenizny. Ponadto zamierzam przeprowadzić mały eksperyment - część mieszanki zamierzam dodać do czystej krzemionki, aby uzyskać subtelną mgiełkę dla całej twarzy.
Ostatecznie zaspokoiłam własną ciekawość i na razie nie planuję zakupu pełnowymiarowych opakowań, bo kosmetyków u mnie w nadmiarze.


Z okazji dnia kobiet dogodziłam sobie całkiem konkretnie. Wszystko zachowane z klimatach eko. Poza tym na tygodniu otrzymałam wszystkie moje małe materialne marzenia kosmetyczne i jestem niesamowicie kontent! Niebawem pochwalę się na blogu ;)

Dotarły także moje trzy nowe pędzle. Tak, wiem i przemilczę temat, ewentualnie wytłumaczę się postem.

Dzień jutrzejszy upłynie bardzo pracowicie :) Szykuje się sesja, pełen spontan, sama nie bardzo wiem, czego się spodziewać. Mam nadzieję, że z efektów końcowych wszyscy będą zadowoleni, a współpraca pójdzie sprawnie.




Czy Wy również spełniłyście swoje ciche zachcianki pod pretekstem dnia kobiet?

wtorek, 4 marca 2014

Aktualna pielęgnacja ust.


Pielęgnacja ust jest dla mnie bardzo istotną sprawą. Moje wargi mają tendencję do łatwego przesuszania, dlatego muszę poświęcam im szczególną uwagę. Nie przypominam sobie sytuacji, kiedy byłyby spierzchnięte czy popękane, ale często delikatna skóra jest wręcz ściągnięta i przesuszona. Dlatego bardzo często rezygnuje z kolorowych kosmetyków właśnie na rzecz pielęgnacyjnych mazideł.
Od jakiegoś czasu towarzysza mi trzy produkty - Sylveco, Blistex oraz lip smacker.
Wszystkich powyższych sztyftów używam naprzemiennie, ot, co akurat mam pod ręką.



Cenię sobie wszelakie medyczne wersje szminek, bo wiem, że działają naprawdę. Świetnie pielęgnują, nawilżają, chronią. Często też posiadają dodatek mentolu, który osobiście uwielbiam. Taka właśnie jest pomadka Blistex Medplus. Sięgam po nią szczególnie wtedy, kiedy usta wołają o intensywną regenerację, choć na mrozy nie była zbyt dobrym rozwiązaniem ze względu na efekt chłodzenia. Nie mniej jednak to był udany wybór.







Pomadki Sylveco nikomu przedstawiać nie muszę. Mnie na szczęście udało się dorwać ją stacjonarnie. Wybrałam wersję z cynamonem. W tym przypadku także się nie zawiodłam. I jako, iż to mój pierwszy produkt marki mam ochotę na więcej.
To świetny zamiennik Blistexa, szczególnie z mroźne, zimowe dni :)









Nie będę ukrywać, że o wyborze Smackersa zadecydował zapach.smak :D Jak ogólnie nienawidzę gazowanych napoi, tym samym również klasycznej coli, tak wprost kocham wersję wiśniową i waniliową [oraz tonic, ten markowy ;)].
Nie wymagałam więc od tego kosmetyku specjalnej pielęgnacji i faktycznie, poza powierzchownym nawilżeniem niewiele otrzymamy od tego sztyftu. Aczkolwiek lubię smarować nim usta kiedy są w lepszej kondycji właśnie dla wrażeń zapachowych.





Podsumowując; wszystkie pomadki to przyjemne nawilżacze. Nie posiadam zbyt wiele produktów do ust i nie odczuwam takiej potrzeby, jednak nie umiem wyobrazić sobie, aby takich pielęgnacyjnych kosmetyków miało zabraknąć w moich zbiorach.