menu

środa, 26 marca 2014

Czarny makijaż oka - ponownie.


Po dłuższej nieobecności przybywam z tematyką, jakiej dawno nie poruszałam ;) Nawet bardzo dawno.
Zapewnie nie raz wspomniałam, iż preferuję makijaże mocne, zdecydowane. Także jako tak zwany dzienniak. Po prostu z mocno podkreślonym okiem czuję się najlepiej i nie, nie ma to nic wspólnego z kompleksami, tudzież oporami przed ukazaniem światu 'gołej' twarzy. U mnie objawia się to w następujący sposób - albo po całości albo nic. Nie ma mowy o żadnym nude i temu podobnych.
Aczkolwiek postęp jest [starość :D] i nie latam po świecie radośnie objawiając smołka pod brwi ;) Choć nadal stawiam głownie na czerń.
Od jakiegoś czasu nosze na głowie sporo jaśniejsze odcienie brązu niż ten, który podarowała mi natura, co jest mocno widoczne, porównując kolor grzywki do brwi [nie hennowanych]. Tym samym nie pierwszy już raz usłyszałam, że w lżejszym, delikatniejszym makijażu przy jaśniejszym kolorze włosów wyglądam mdło i bez wyrazu. Sama podpisuję się pod tym rekami i nogami, dlatego odetchnęłam z ulgą porzucając nieudolne próby z popielą na powiece. Zwyczajnie nie czułam się dobrze i nie wyglądałam dobrze.
Nie przedłużając; dziś prezentuję dwa z wielu moich czarnych makijaży.





W następnym poście pokażę, co udało mi się dorwać przy okazji Dnia kobiet :) Jak widać znowu coś mi nie wychodzi wyrabianie się z czasem, postami i masą innych rzeczy. Przynajmniej w życiu prywatnym daję radę nadganiać upływające dni.

poniedziałek, 17 marca 2014

Moje nowe maskary; Gosh i MNY.



Pielęgnacja to taka moja 'mała' obsesja. Pułki nie raz uginają się pod ogromem słoiczków i butelek. Jeśli jednak o kolorówkę chodzi, zawsze staram się trzymać tylko to, co naprawę jest mi potrzebne i po co faktycznie sięgam. Wyjątkiem są minerały oraz tusze do rzęs. Tych mi nigdy nie brakowało i mogę przybierać do woli. Mam kilka ulubieńców, ale to taki rodzaj produktu, który szalenie wielbię testować i szukać jeszcze lepszych.Po nieudanym powrocie do Masterpiece MF, w ostatnim czasie zakupiłam trzy kolejne opakowania.


Illegal length Maybelline


Nie jest to moje pierwsze opakowanie.
Mimo wszystko preferuję szczoteczki klasyczne, choć tak trudno dostać mi maskarę, której efekt mnie zadowoli, dlatego wciąż po moich zbiorach przewija się więcej silikonowych. W tym tuszu znajduje jednak to wszystko, czego najbardziej potrzebuję. Niesamowite wydłużenie bez zbyt mocnego pogrubienia, co jest w cenie, kiedy nakładam kolejne warstwy - nie ma mowy o owadzich nóżkach :) Moje rzęsy naprawdę się z tym kosmetykiem dogaduję. Nie bez powodu więc właśnie Maybelline oraz Max factor to moje ulubione marki, jeśli o maskary chodzi.







Catchy eyes Gosh


 Mój pierwszy tusz z oferty Gosha. Wiele dziewczyn było z niego zadowolonych, a szczoteczka zbliżona kształtem do Clump defy oraz Studio lash, które jako jedne z nielicznych radzą sobie z podkręceniem i otrzymaniem tego efektu na moich praktycznie prostych, lecz długich rzęsach. Dlatego z przyjemnością wrzuciłam kosmetyk do koszyka. Ponadto tego tupu szczoteczka bardzo ładnie rozdziela rzęsy i na jej rzecz mogę zrobić ustępstwo od klasycznych.










One by one Maybelline


Ostatnia już i kolejna maskara z silikonową szczoteczką.
Do jej zakupu zachęciły mnie zdjęcia efektu, jaki można uzyskać i powiem szczerze, że ciesze się, iż zdradziłam swoje przekonania. Od jakiegoś czasu sięgam głównie po ten tusz i jestem z niego szczerze zadowolona. Nawet nieźle radzi sobie z utrzymaniem podkręcenia zalotką, podczas gdy inne produkty w zasadzie ponownie rozprostowują mi rzęsy. Poza tym nawet świeży, mokry nie powoduje straszliwego sklejenia.
Ogólnie ta firma to nie moja bajka, ale po ich maskary sięgam z prawdziwą przyjemnością. Po prostu to kolejny udany produkt do rzęs od MNY.









Nadal na mojej liście widnieje False lash wings. Od jakiegoś czasu oswajam także Make up factory Full intense mascara, który to upiłam kilka miesięcy temu i czekałam, aż przyschnie na tyle, by dało się go używać ;)

środa, 12 marca 2014

Ostatnie lutowe zakupy.


Od jakiegoś czasu ledwo nadążam. Za życiem, za obowiązkami, za celami/planami. Spóźniam się, dlatego posty też spóźnione nieco ;) Powoli się ogarniam, choć nadal mam z tym kłopoty, co zapewne widać na blogu :D
Ale jest ok.

Dziś przybywam z luźną notką i resztą lutowych przyjemności.
Od poczatku;
pudry do włosów wszelkiego rodzaju kocham, o czym zresztą dałam znać w poście podsumowującym rok 2013. Tego jeszcze nie miałam, ale spisuje się bardzo dobrze. Micelar, zapewne większości znany, przez masę lubiany. I tu jestem z zakupu zadowolona :)
Następnie peeling żelowy Planeta organica oraz maska algowa z acerolą i witaminą c. Jeśli o PO chodzi, opis przywodzi mi na myśl typowe azjatyckie peelingi tak przede mnie wielbione. A kolei algi kocham. Po prostu.
Dalej; różana maseczka Hesh, bo wiele dobrego się o niej naczytałam oraz alep z kwiatem pomarańczy.  na końcu biała glinka Logona, bo i glinki bliskie memu serduchu, serum pod oczy Apis, gdyż przypomniałam sobie o sympatii do marek gabinetowych i żel pod prysznic Lavea morze martwe błoto i sol. Takie eko akcent na koniec ;)

To tyle, jeśli o zakupy dokonane w lutym. Ale spokojnie, w marcu także sporo mi doszło, więc będzie o czym pisać. Jednak w obecnym miesiącu rządzi przede wszystkim kolorówka.

Na sam koniec wspomnę, że uzupełniłam swoje filmowe zaległości, skończyłam również tomiszcze, które ciągnęło się za mną tygodniami, a teraz poświęcam czas wolny książce, która nie bardzo mi podeszła, ale akcja powoli się rozwija i nie jest źle. A nawet dobrze.
Może przy następnych notkach rozwinę nieco temat filmowy, opisze krotko wrażenia, co polecam, a co według mnie okazało się stratą czasu. Teraz cierpliwie czeka na mnie Rec, wszystkie części dokładniej, jednakże chwile dla siebie należą zdecydowanie do literatury.

piątek, 7 marca 2014

Małe zamówienie z silk naturals - dwa rozświetlacze oraz puder.

Niedawno dokonałam malutkiego zamówienia na silk naturals. W koszyku wylądowały trzy sample:
Ultimate luxury powder, flattery i splendid.
Do wyboru pierwszego zachęcił mnie przede wszystkim skład i opis działania. Mimo, że według nazwy producenta jest to puder, ja stosuje go jako primer.  
Dwie kolejne pozycje to rozświetlacze. Flattery jest jasnym, chłodnym produktem o widocznie różowej tonacji, splendid to zdecydowanie ciepły, ciemniejszy kosmetyk. Oba nie zawierają nachalnych drobin, więc przypadną do gustu większości dziewczyn. Pierwszy z nich delikatnie podkreśli jasną, alabastrową cerę, drugi da rewelacyjny efekt na opalonej skórze.
Ja jednak ostatecznie zmieszałam oba :D Nie jestem posiadaczką porcelany, lecz przede wszystkim daleko mi do złotej opalenizny. Ponadto zamierzam przeprowadzić mały eksperyment - część mieszanki zamierzam dodać do czystej krzemionki, aby uzyskać subtelną mgiełkę dla całej twarzy.
Ostatecznie zaspokoiłam własną ciekawość i na razie nie planuję zakupu pełnowymiarowych opakowań, bo kosmetyków u mnie w nadmiarze.


Z okazji dnia kobiet dogodziłam sobie całkiem konkretnie. Wszystko zachowane z klimatach eko. Poza tym na tygodniu otrzymałam wszystkie moje małe materialne marzenia kosmetyczne i jestem niesamowicie kontent! Niebawem pochwalę się na blogu ;)

Dotarły także moje trzy nowe pędzle. Tak, wiem i przemilczę temat, ewentualnie wytłumaczę się postem.

Dzień jutrzejszy upłynie bardzo pracowicie :) Szykuje się sesja, pełen spontan, sama nie bardzo wiem, czego się spodziewać. Mam nadzieję, że z efektów końcowych wszyscy będą zadowoleni, a współpraca pójdzie sprawnie.




Czy Wy również spełniłyście swoje ciche zachcianki pod pretekstem dnia kobiet?

wtorek, 4 marca 2014

Aktualna pielęgnacja ust.


Pielęgnacja ust jest dla mnie bardzo istotną sprawą. Moje wargi mają tendencję do łatwego przesuszania, dlatego muszę poświęcam im szczególną uwagę. Nie przypominam sobie sytuacji, kiedy byłyby spierzchnięte czy popękane, ale często delikatna skóra jest wręcz ściągnięta i przesuszona. Dlatego bardzo często rezygnuje z kolorowych kosmetyków właśnie na rzecz pielęgnacyjnych mazideł.
Od jakiegoś czasu towarzysza mi trzy produkty - Sylveco, Blistex oraz lip smacker.
Wszystkich powyższych sztyftów używam naprzemiennie, ot, co akurat mam pod ręką.



Cenię sobie wszelakie medyczne wersje szminek, bo wiem, że działają naprawdę. Świetnie pielęgnują, nawilżają, chronią. Często też posiadają dodatek mentolu, który osobiście uwielbiam. Taka właśnie jest pomadka Blistex Medplus. Sięgam po nią szczególnie wtedy, kiedy usta wołają o intensywną regenerację, choć na mrozy nie była zbyt dobrym rozwiązaniem ze względu na efekt chłodzenia. Nie mniej jednak to był udany wybór.







Pomadki Sylveco nikomu przedstawiać nie muszę. Mnie na szczęście udało się dorwać ją stacjonarnie. Wybrałam wersję z cynamonem. W tym przypadku także się nie zawiodłam. I jako, iż to mój pierwszy produkt marki mam ochotę na więcej.
To świetny zamiennik Blistexa, szczególnie z mroźne, zimowe dni :)









Nie będę ukrywać, że o wyborze Smackersa zadecydował zapach.smak :D Jak ogólnie nienawidzę gazowanych napoi, tym samym również klasycznej coli, tak wprost kocham wersję wiśniową i waniliową [oraz tonic, ten markowy ;)].
Nie wymagałam więc od tego kosmetyku specjalnej pielęgnacji i faktycznie, poza powierzchownym nawilżeniem niewiele otrzymamy od tego sztyftu. Aczkolwiek lubię smarować nim usta kiedy są w lepszej kondycji właśnie dla wrażeń zapachowych.





Podsumowując; wszystkie pomadki to przyjemne nawilżacze. Nie posiadam zbyt wiele produktów do ust i nie odczuwam takiej potrzeby, jednak nie umiem wyobrazić sobie, aby takich pielęgnacyjnych kosmetyków miało zabraknąć w moich zbiorach.