menu

niedziela, 27 lipca 2014

Dawno nie było posta, wiem. Dlatego pragnę dodać małe wyjaśnienie. Aktualnie nie mam zbyt wiele czasu oraz sposobności na blogowanie, aczkolwiek nie oznacza to, iż owe miejsce opuściłam. Po prostu w moim życiu nastąpiły znaczące zmiany, poprzedzone poważnym, choć dość spontanicznym planem dotyczącym przyszłości. Zmiana życia o 180stopni bywa kłopotliwa, szczególnie przez pierwsze tygodnie ;) Dlatego powoli rozwijam skrzydła w nowym miejscu na świecie i nie mam głowy do zamieszczania postów kosmetycznych, wybaczcie. Niedługo jednak przybędę z małym bonusem, na pewno coś wymyślę! Jeszcze raz przepraszam za nieobecność i dziękuję za uwagę wszystkim, którzy jeszcze tu zaglądają :)

środa, 2 lipca 2014

Co wybieram ostatnio?

Witam :)
Poprzedni post dotyczył ulubieńców ostatnich miesięcy wśród pielęgnacji. Dziś przybywam z krótkim opisem tego, po co sięgam najczęściej, wykonując makijaż. Dodam, że od dłuższego czasu jest on naprawę mocno okrojony i często na primerze mineralnym się kończy :)


Nie wyobrażam sobie opuszczę ie murów mieszkania bez filtra. Czy to jedynie go zmatuję, czy wykonam pełny makijaż, spf50 musi być. niedawnym odkryciem okazał się produkt marki Ducray - przyjemne i nieazjatyckie mazidło.  Tak bardzo wpisał się w moje oczekiwania, że kiedy potraktowałam go jedynie pudrem, stworzyłam, że takiego fotoszopa nie miałam chyba nigdy. A że od dłuższego czasu dostrzegam ogromna poprawę w jakości skóry twarzy,zazwyczaj na tym konczę.

Do matowienia filtra wybieram najczęściej dwa proszki - wielbiony pod niebiosa puder diamentowy oraz handmade primer.
Cóż mogę napisać o pudrze z Biochemii urody/ Najprościej - okrzyknęłam go fotoszopem w proszku. Co ciekawe, żaden inny ich puder na mojej cerze się nie sprawdził. Skąd wiec z moich zbiorach ten skromny słoiczek? Otóż z ciekawości za sprawą wizażonych wymian skusiłam się na diament. Tak cudownie leżał na twarzy, ze zamówiłam od razu dwa kolejne opakowania. Historia zadecydowanie sugestywna, nic mięcej w temacie dodawać nie trzeba :)
Drugi słoiczek zawiera ukręconą mineralną bazę/puder. Głownem składnikiem jest dry flo z dodatkiem mikrosfer silikonowych oraz krzemionki; wzbogaciłam to jeszcze suszonymi liśćmi baobabu, coby zniwelować zaczerwienienia i uspokoić cerę oraz olejkiem z drzewa herbacianego. Bo lubię zapach. Oraz to, jak wpływa na skórę ;) Mieszanka udała mi sie nad wyraz dobrze. Nie tylko ja jestem tego zdania :D

Bardzo często mój makijaż kończę na tym zestawie, czasem jednak, kiedy tylko mam chęci i czas, idę krok dalej, konturując twarz. zazwyczaj wybieram do tego celu NYXa w kolorze Taupe, kiedy jednak mam pod ręką odpowiedni pędzle, decyduję się na bazę brązującą Chanel. Lubię jej kremową konsystencje i to, jak świetnie się wtapia, jednak pod względem koloru moim zdecydowanym faworytem jest wymieniony Nyx; na jego tle Chanel wypada wręcz pomarańczowo!

Najczęściej używanym tuszem w ostatnim czasie jest widoczny Gosh Catchy eyes. Szczoteczka silikonowa, pokrewna Max factor Clump defy tudzież Miss sporty studio lash. Wspominałam już o tym, że jestem fanką tych klasycznych, nie mniej jednak to właśnie silikonowe pomagają mi podtrzymać efekt zalotki. Dlatego chętnie sięgam po te maskary, które posiadają wywinięta końcówkę.
Tusz Gosha nie tylko pozwala mi poskromić moje raczej proste rzęsy, ale także przyjemnie je wydłuża. Jestem na tak :)


To mniej więcej wszystko, co ląduje w ostatnim czasie na mojej twarzy. zabrakło jeszcze pomadki nawilżającej, ale tu bywa rożnie - sięgam po to, co akurat pod ręką.
Wreszcie udało mi się doprowadzić cerę do takiego stanu, ze nie mam oporów latać po świecie soute :D Jedyne, nad czym muszę jeszcze intensywnie pracować, to naczynka. Do armagedonu mi daleko, ale problemu lekceważyć nie wolno i wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć... Niestety, w tym temacie jeszcze wiele edukacji przede mną.