menu

poniedziałek, 14 września 2015

Nie wszystko, co drogie, jest niezawodne, czyli o nieudanych spotkaniach.

Witam po kilku miesiącach nieobecności ;)
Braki w notkach mam przerażające, ale szczerze, wpadłam w rutynę pracy i dorosłego życia, a brak jakiegokolwiek komputera i możliwość dodawania postów jedynie w wersji mobilnej zniechęca mnie jeszcze bardziej, ale, że poszczescilo mi się nieco dłuższą przerwą od pracy pojawiam się, coby przypomnieć o moim istnieniu.

Dziś nie będzie zachwytów, kosmetycznych odkryć, notka w tonie raczej negatywnym.



Mam naprawdę duży problem ze znalezieniem eyelinera idealnego, a że lubię czasem zaakcentować oko, to i poszukiwań nie zaprzestaje. Tym samym, ktoregos dnia mojego życia zdecydowalam się przygarnac mazidlo od urban decay. 24/7 dokladniej, ah, jakże obiecująca nazwa.  I na tym koniec. W zasadzie nic dobrego o nim napisać nie mogę, jedyną zaletą jest cienki pędzelek - taki, jakie lubię najbardziej. Cała reszta? Nieporozumienie... 

Po pierwsze; trwałość. Tu być może zaskoczę, ale byl aż nad to trwały. Na tyle, ze demakijaż stał się nieprzyjemna koniecznością, a pozbycie się 'dowodu' wymagało gimnastyki. I cierpliwości. I czasu. A tego mi brak. Nie, dziekuje.

Po drugie; opakowanie. Tak, pędzelek to ta dobra jego strona, najmocniejszy punkt. Notomiast bardzo czesto podczas otwierania zatyczka [ta, która zgarnia nadmiar kosmetyku, przysiegam, nie wiem jak to opisać, wiecie o co mi chodzi?] wychodziła wraz z zakrętką. Tak być przecież nie może, o nie. Poza tym, po pewnym czasie, co widać zresztą na zdjęciu, plastik zwyczajnie się nadlamał po jednej stronie; sic! A nie robilam z opakowaniem nic nadzwyczajnego, nic, czego nie robi przeciętna dziewczyna chcąca umalować sie eyelinerem.

Po trzecie; konsystencja. Juz od początku miałam z owym kosmetykiem problem. Byl dość gesty, a mimo to zostawial masę przeswitow! Cos niedopuszczalnego, szczególnie przy braku czasu na zabawę przed lusterkiem. Kolejna sprawa; jest to mój pierwszy eyeliner który wysech tak szybko! I, oczywiscie, stało się to wszystko, zanim opakowanie zostało kontuzjowane. 

Po czwarte; wykończenie. To juz moja naprawdę subiektywna ocena, albowiem jestem dożywotnią fanką matu, toteż  błysk  kreski, niczym psie... no, jest dla mnie nie do przyjęcia. 
Doprawdy, nie wiem co miałam w tej główce podczas kupowania tego małego koszmarku. Nie polecam, a jak.


Na markę Decleor miałam ochotę od długiego, długiego czasu. Jednak, z braku konkretnego zapotrzebowania, zaczęłam przeglądać ciekawsze oferty i recenzje kolejnych produktów. Ostatecznie wybralam maseczkę do twarzy. Blyskawiczna [3 minuty], rozjasniajaca. Brzmi, nieźle, prawda? W teorii, niestety... w praktyce niczego, prócz względnego nawilżenia nie odnotowalam. Zazwyczaj trzymałam ją zdecydowanie dłużej co negatywnego wplywu na cerę nie miało. Pozytywnego tez. Kompletnie bez różnicy. Podsumowyjac jednak, cena, jaką wolą producent za nawilżający kosmetyk na poziomie poprawnym jest o wiele, wiele za wysoka. Podobny efekt mozna osiągnąć randomowa jednorazowka, naprawdę. Zapach przypadl mi do gustu, ale to zdecydowanie za mało, bym miala ponowic zakup, prawda?

Aktualnie w moich szeregach pojawilo się sporo nowości, niemal wszystko zakupione po raz pierwszy. Po przeprowadzce z Pl rynek kosmetyczny wyszedl mi na przeciw z wieloma ciekawymi pozycjami; czasem sama się w tym wszystkim gubię i ciężko wybrać tylko jedną rzecz. ;)
Najgorsze byly początki , wszystko nieznane, świeże, a przecież miałam tych polskich ulubieńców!
Skoro o nich mowa, pragnę podziękować Mamie za zrealizowanie małej wishlisty.
Te mamy to jednak są niezastąpione: *

A na koniec, standardowo, moj instagram. Enjoy!